Reklama

Chronos: Before the Ashes - recenzja

Chronos: Before the Ashes /materiały prasowe

​Chciałbyś spróbować swoich sił w Dark Souls, ale obawiasz się poziomu trudności? Spokojnie, zacznij od Chronos: Before the Ashes.

Ciekawostka. Chronos: Before the Ashes powstał pierwotnie z myślą o rozgrywce w goglach wirtualnej rzeczywistości. Jego twórcy dopiero po czterech latach mają okazję zaprezentować swoje dzieło tym, których zabawa w VR nie kręci. Oczywiście musieli wcześniej przebudować rozgrywkę i upiększyć oprawę. Jaki jest efekt tych przeróbek?

Fabuła Chronos: Before the Ashes nie jest zbyt odkrywcza i stanowi głównie punkt zaczepienia dla rozgrywki. Chronos - tytułowy bohater, który może być zarówno kobietą, jak i mężczyzną - wyrusza w świat z misją pokonania pradawnego zła i tym samym uratowania go (świata, nie zła) przed zagładą.

Reklama

To pretekst do odwiedzenia zróżnicowanych miejsc i wymiarów, takich jak zniszczona Ziemia czy wioska zawieszona w koronach drzew. Nie jest to jednak podróż przesadnie długa. Wręcz przeciwnie, grę ukończycie w ciągu raptem kilku godzin. Co więcej, stosunkowo dużą część tego czasu spędzicie, oglądając długie ekrany ładowania.

Rozgrywka w Chronos: Before the Ashes przypomina coś w rodzaju uproszczonego i łatwiejszego Dark Souls. Walka potrafi być wymagająca, ale jest o wiele bardziej przystępna niż w produkcji From Software. Możemy w niej wyprowadzać lekkie i ciężkie ataki, blokować i parować tarczą oraz wykonywać uniki. W praktyce prawie każda potyczka opiera się na schemacie: lekki atak, lekki atak, unik, lekki atak... Ciekawiej robi się dopiero, gdy staniemy naprzeciwko bossa.

Widać, że Chronos: Before the Ashes to rozwinięcie VR-owej gry. Zabawa jest pod wieloma względami prosta. Widać to nie tylko w mechanice walki, ale także w systemie rozwoju. Nie macie co marzyć o wyborze klasy postaci czy złożonych drzewkach umiejętności. W sumie rozwijamy tylko cztery cechy: siła, zręczność, mistyka oraz zdrowie.

Przygodę rozpoczynamy z kiepskiej jakości mieczem i drewnianą tarczą, ale z czasem trafiamy na coraz lepsze wyposażenie. Każda ze znalezionych broni odznacza się inną siłą uderzenia oraz szybkością wyprowadzania ciosów. Na drodze trafiamy także na smocze odłamki, które pozwalają nam ulepszać ekwipunek.

Jednym z ciekawszych pomysłów zrealizowanych w Chronos: Before the Ashes jest ten związany z postępującym wiekiem głównego bohatera. Każda śmierć sprawia, że Chronos się starzeje. Jeśli będziecie ginąć zbyt często (o co nie jest znowu tak łatwo), może się okazać, że nie zdążycie ukończyć głównego wątku.

Wraz z upływającym czasem Chronos zdobywa także nowe umiejętności. Odblokowujemy je co dziesięć lat - za każdym razem możemy wybrać jedną z trzech proponowanych zdolności. Warto zauważyć, że wiek naszego bohatera można ocenić gołym okiem - na głowie przybywa mu siwych włosów, na twarzy pojawia się coraz więcej zmarszczek, postać zaczyna kuśtykać...

Grę mogę pochwalić także za zagadki środowiskowe, wśród których znalazły się zarówno proste zadania, polegające na przeniesieniu jakiegoś przedmiotu w wyznaczone miejsce, jak i bardziej skomplikowane łamigłówki. Nie wiem, czy nie bawiłem się przy nich lepiej niż przy samej walce. Czy to komplement, czy zastrzeżenie? Zdecydujcie sami.

Od technicznej strony Chronos: Before the Ashes prezentuje się co najwyżej przyzwoicie. W porównaniu z wersją VR jest na pewno dużo lepiej, ale w porównaniu nawet z Dark Souls jest już tak sobie. Jednak stworzona przez twórców estetyka - bardziej kreskówkowa niż w "Soulsach" - może się podobać. Zaletą gry są też z pewnością jej wymagania sprzętowe. Śmiało odpalicie ją w 60 klatkach na sekundę nawet na średniej klasy pececie.

Chronos: Before the Ashes pod wieloma względami odstaje od Dark Souls czy Bloodborne'a, ale z pewnością jest to niezgorsza propozycja dla tych, którzy mają ochotę na soulslike'a, lecz obawiają się poziomu trudności, z których znane są produkcje From Software.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje