Sunset Overdrive – doda ci skrzydeł
Xbox One doczekał się gry, która przypomina stare czasy konsolowe, kiedy chodziło o dobrą, bezpretensjonalną zabawę i wariackie pomysły. Sunset Overdrive to duży łyk pozytywnego szaleństwa.
"Co tu się odpier... ?" - takimi słowami główny bohater komentuje to, co widzi na ekranie od razu po rozpoczęciu akcji Sunset Overdrive. Trudno o lepsze podsumowanie. Nowy tytuł Insomniac Games to bezpretensjonalna, absolutnie wyluzowana strzelanka, w której gracz musi tak naprawdę zrobić tylko jedną jedyną rzecz - jak najlepiej się bawić. A co z resztą? Jakoś to będzie. Przecież to nie koniec świata.
Czadokalipsa
No dobra, tak naprawdę to mamy do czynienia z końcem świata. A raczej końcem miasta Sunset, metropolii opanowanej przez mutantów (odmieńców) powstałych po wypiciu drinka energetycznego OverCharge Delirium XT. My na szczęście nie piliśmy tego świństwa, ale reszta zamieniła się w monstra. Co zatem począć? Jak już wspomniałem - dobrze się bawić. Tak stajemy się uczestnikiem niezłej imprezy, nazwanej tutaj pieszczotliwie czadokalipsą.
Samemu tworzymy sobie własną postać, wybierając płeć i ubiór. Nasz wygląd możemy modyfikować w dowolnym momencie. Nie ma tu żadnych reguł lub ograniczeń. Bez limitów - jak w reklamie operatora komórkowego. Po kilku minutach od włączenia Sunset Overdrive, rozbijamy się po mieście, strzelamy do wszystkiego i słuchamy punk-rocka. Główna mechanika zabawy to połączenie gry z otwartym światem ze zręcznościową strzelanką TPP.
Całość tej mieszanki posypano elementami z serii Tony Hawk's Pro Skater. Dziwna kombinacja? Wręcz przeciwnie, bo wszystko uzupełnia się doskonale, niczym w dobrze zmiksowanym napoju. Przykładowa akcja? Wskakujemy na poręcz (tak!), zaczynamy grindować, niczym na deskorolce, jednocześnie strzelając do mutantów. A dziwnych broni w mieście Sunset nie brakuje: od wyrzutni płyt winylowych na pluszowych miśkach z doczepionymi laskami dynamitu kończąc.
Tricki, akrobacje i szalone popisy opłacają się - czym więcej będziemy świrować, tym szybciej wypełnimy pasek umożliwiający korzystanie z dodatkowych funkcji broni oraz umiejętności naszego bohatera. Czyli po ludzku - im większą demolkę robimy, tym większą czadokalipsę zgotujemy naszym przeciwnikom.
Jedziemy na dopalaczach
Zanurzone w ferii barw miasto Sunset prezentuje się wyśmienicie. To bez wątpienia jeden z najlepiej wyglądających tytułów na konsole nowej generacji, nawet pomimo tego, że gra działa w rozdzielczości 900p. Klimat stworzony przez twórców zapewne nie spodoba się wszystkim, ale to dobrze, że Sunset Overdrive postawił na humor i autoironię, a nie na zbyt poważne podejście do wyeksploatowanego tematu walki z zombie/mutantami/potworami (niewłaściwe skreślić).
Pochwalić należy także polską wersję językową. Niektóre dialogi przetłumaczono co prawda dość topornie, ale w jakiś dziwny sposób pasują one do całej szalonej otoczki. Autotematyzm związany z grami jest tak duży, że nie zabrakło wyśmiewania utartych schematów znanych z innych tytułów. Nie każdy dowcip jest trafiony, ale w ogólnym rozliczeniu - jest naprawdę nieźle.
Jeśli znudzi się nam robienie zadymy samemu, zawsze możemy zaciągnąć się do Drużyny Chaosu, czyli skorzystać z trybu sieciowego do 8 graczy jednocześnie. Wraz z innymi ludźmi będziemy musieli między innymi zmierzyć się z kolejnymi falami odmieńców. Co tydzień gra rzuca nam także konkretnie wyzwanie, jak na przykład zdobycie dużej liczby punktów, w zamian za które otrzymamy nowe umiejętności lub dodatki. Tryb fabularny oraz spora część misji pobocznych to przynajmniej kilkanaście godzin gry. Wystarczy.
Sunset Overdrive jest jak - co za ironia - ulubiony napój w puszcze. Od początku wiemy, że chcemy go tylko wypić dlatego, bo nam smakuje. Nie ma wartości odżywczych (poważny scenariusz, rozbudowana mechanika), ale w zamian oferuje nam dobre samopoczucie i chwilę zapomnienia. A o to przecież podobno kiedyś w grach chodziło, co nie?