Reklama

Disney Dreamlight Valley - już graliśmy. Spełnienie marzeń fanów Disney'a?

Dreamlight Valley może być spełnieniem marzeń wszystkich miłośników Disneya. Czy będzie? Sprawdziłem, jakie są na to szanse, grając w wersję z wczesnego dostępu.

Gameloft to studio, które może się wam kojarzyć z grami mobilnymi. Jednak ten francuski deweloper otrzymał w końcu okazję, aby wypłynąć na szersze wody. Na podstawie licencji Disney'a stworzył Dreamlight Valley. Grę, która powinna zainteresować wszystkich miłośników twórczości tej wytwórni. To coś w rodzaju Animal Crossing i Stardew Valley, tylko w świecie pełnym bohaterów, których kochają dzieci i dorośli na każdej długości i szerokości geograficznej.

Reklama

Przygodę z Dreamlight Valley rozpoczynamy od stworzenia naszej postaci przy pomocy prostego w obsłudze, intuicyjnego kreatora. Chwilę potem dowiadujemy się, że nasz bohater (lub bohaterka), zmęczony życiem w wielkim mieście, udaje się do lasu, by zaznać ciszy i pomarzyć. Zamyka oczy i... przenosi się do tytułowej doliny.

Zastaje ją w opłakanym stanie. Okazuje się, że krainę ogarnęła plaga zwana Zapomnieniem. Zjawisko sprawiło - jak nietrudno się domyślić - że wszyscy mieszkańcy utracili pamięć. Odpowiadają za to Nocne Ciernie. Gracz staje przed zadaniem oczyszczenia z nich całej krainy i przywrócenia jej utraconych wspomnień.

W uniwersum wprowadza nas czarodziej Merlin, którego możecie znać z wydanego w 1963 roku filmu "Miecz w kamieniu". To pierwsza z wielu kultowych postaci, które spotkacie podczas zabawy w Dreamlight Valley. Nieopodal mieszkają Sknerus McKwacz, Kaczor Donald, Myszka Miki, Goofy, Buzz Astral, Moana... Ah, długo by wymieniać!

Czym dokładnie jest Dreamlight Valley?

To coś na wzór Animal Crossing czy Stardrew Valley. Co prawda twórcy zdecydowali się na odmienną perspektywę - postaci nie oglądamy z lotu ptaka, a w ujęciu zza pleców - ale rozgrywka do złudzenia przypomina te dwie jakże popularne gry.

Początek zabawy to samouczek, podczas którego poznajemy podstawowe mechanizmy. Później jednak otrzymujemy znacznie więcej swobody. Możemy wykonywać zadania zlecane przez mieszkańców doliny, pozbywać się Nocnych Cierni, zbierać surowce, budować domy, dokonywać ulepszeń, rozmawiać z przyjaciółmi, pielęgnować ogród, łowić ryby, kopać w poszukiwaniu skarbów, tworzyć przedmioty, gotować... Na nudę nie sposób narzekać.

Gameloft skierował swoją grę przede wszystkim do młodszych odbiorców. Widać to po różnego rodzaju uproszczeniach względem Animal Crossing. Narzędzia nie zużywają się, rośliny sadzimy poprzez trzymanie przycisku, a jeśli łowienie ryb zakończy się fiaskiem, możemy spróbować ponownie w danym miejscu.

Podobnie jak w Animal Crossing, na początku rozgrywka przebiega sprawnie - szybko odkrywamy nowe miejsca, zdobywamy nowe przedmioty etc. Z czasem jednak wkrada się do niej grind. Odblokowywanie kolejnych elementów wymaga od nas coraz większego zaangażowania. Co prawda autorzy dali nam możliwość zdobywania waluty na różne sposoby, ale obawiam się, że w końcu pojawi się paywall. Tym bardziej, że Dreamlight finalnie będzie grą free-to-play (obecnie można za nią zapłacić, by uzyskać dostęp do wczesnej wersji).

Nie do końca podoba mi się także oprawa audiowizualna. O ile prostą z technicznego punktu widzenia grafikę jestem jeszcze w stanie przełknąć, o tyle po udźwiękowieniu spodziewałem się więcej. Napotkane postacie rzucają do nas jedynie zdawkowe hasła, a dialogi przedstawiono całkowicie w formie tekstowej. Akurat ta inspiracja Animal Crossing nie była pożądana. Chciałoby się częściej słyszeć głosy lubianych postaci.

Od czerpania pełni przyjemności z zabawy wielu graczy - szczególnie tych młodszych - powstrzyma nie tylko konieczność czytania wszystkich dialogów, ale także brak polskiej wersji językowej. Mam nadzieję, że Disney za jakiś czas przetłumaczy teksty na język Słowackiego i Mickiewicza. Choć obawiam się, że szanse na to są marne.

Żeby tylko nie popsuć!

Disney Dreamlight Valley może odnieść sukces podobny do Animal Crossing czy Stardew Valley, ale pod warunkiem, że Gameloft nie przesadzi z grindem i mikrotransakcjami. Podczas kilku wieczorów spędzonych z grą nie dotarłem do paywalla, ale gdy tytuł zadebiutuje już jako free-to-play, sytuacja może ulec zmianie.

Oby tak się jednak nie stało i oby miłośnicy Disneya z całego świata mogli cieszyć się wizytą w zaczarowanej dolinie niezależnie od zasobności portfela. Wszak to miejsce, w którym naprawdę chce się być. Ja na pewno będę jeszcze do niego wracał.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy