Reklama

Wolcen: Lords of Mayhem - recenzja

Wolcen: Lords of Mayhem /materiały prasowe

​Miłośnicy hack'n'slashy nie mają lekkiego życia. Gry tego typu są w ogóle rzadkością, a gdy już się pojawiają, to różnie z nimi bywa.

Samo Diablo to wzorcowy przypadek trudnej miłości. Po fenomenalnych dwóch częściach nadeszła "trójka", którą jedni ubóstwiają, a drudzy uważają za profanację (nie tylko z powodu cukierkowej oprawy graficznej). Jednak, nawet będąc w tej drugiej grupie i chcąc pograć w dobrego hack'n'slasha, trudno produkcję Blizzarda pominąć, bo w cóż innego grać? Ostatnim godnym uwagi reprezentantem tego gatunku, niebędącym zarazem żadnym Diablo, był bodaj Grim Dawn, który premierę miał aż cztery lata temu. A jeśli nie on, to Path of Exile z 2013, Torchlight II z 2012 albo Titan Quest z 2006. A, no i może ostatnia odsłona Darksiders z tego roku.

Reklama

Ale to chyba wszystko, co można polecić. Najwyżej prawie wszystko. Dlatego - jako że sam zaliczam się do miłośników "rąbania i cięcia" - z dużym zainteresowaniem śledziłem losy Wolcen: Lords of Mayhem. Miałem nadzieję, że będzie to "takie lepsze Diablo". Okej, trochę naiwną, ale wcale nie taką bezpodstawną.

Co ciekawe, gdy twórcy Wolcena zapowiedzieli go w 2015 roku i ogłosili zbiórkę pieniędzy na Kickstarterze, wówczas gra nosiła tytuł Umbra i była zapowiadana jako izometryczne MMORPG z akcją osadzoną na ogromnym obszarze. Ostatecznie przechrzczono ją, nazywając Wolcen: Lords of Mayhem i zmieniając gatunek na bardziej klasycznego, jednoosobowego hack'n'slasha. O wiele gorzej wypada na tę chwilę tryb online, który tak na dobrą sprawę nawet trudno przetestować, bo trzeba mieć dużo szczęścia, żeby dostać się na serwery.

Akcja Wolcen: Lords of Mayhem toczy się w mrocznym i nietypowym świecie fantasy, pozbawionym elfów czy krasnoludów, ale za to wzbogaconym o broń palną czy różne, względnie nowoczesne, technologie. To całkiem interesujące uniwersum, które poznajemy, przechodząc wciągającą kampanię fabularną (podobnie jak fabułę, opowiadającą o epickiej walce, ale i o... relacjach rodzinnych). A gdy już ją skończymy, czeka na nas pokaźny endgame, w którym czekają na nas kolejne wyprawy i zadania do wykonania. Jeśli tylko będziecie mieli ochotę, spędzicie z Wolcen: Lords of Mayhem kilkadziesiąt godzin.

Gra autorstwa Wolcen Studio (co za nietypowy pomysł na nazwę firmy!) nie rewolucjonizuje gatunku i dowodzi, że nie trzeba tego robić, by zapewnić przednią zabawę. Walka jest wartka, dynamiczna i emocjonująca. Wrażenia z rozłupywania kolejnych przeciwników są dokładnie takie, jakie powinny być w hack'n'slashu. Jest być może trochę wolniejsza niż w Diablo, ale za to świetnie czuć każde uderzenie.

Bardzo spodobał mi się rozwój postaci, który zakłada brak podziału na klasy i daje bardzo dużą swobodę w prowadzeniu naszego bohatera. Cały system dzieli się na cechy podstawowe, zdolności aktywne, umiejętności pasywne oraz formy apokaliptyczne, które możemy przybierać, stając się na pewien czas wyjątkowo potężni (rozwiązanie przypominające to znane z Darksiders). A do tego dochodzi jeszcze całe mnóstwo lootu do zdobycia.

Gameplayowo Wolcen: Lords of Mayhem wypada naprawdę dobrze. Gorzej, jeśli zanurzymy się w technikalia. Gra wygląda nieźle, ale... raczej tylko w oddaleniu. Z bliska rzucają się już w oczy drętwe animacje postaci czy nieruchome twarze podczas cutscenek. Jednak to nie jest najgorsze. Gorsza jest optymalizacja i nagromadzenie błędów, które potrafią mocno uprzykrzyć życie. Czasem są to pomniejsze bugi, na które można by jeszcze przymknąć oko, ale bywa, że są to sytuacje typu "nie odpala się dialog z NPC-em". Przeglądając fora i komentarze na Steamie, można by stworzyć długą listę mniej lub bardziej dokuczliwych błędów.

I to prawdopodobnie z nich wynika tak niska średnia ocena graczy na platformie Valve. Obecnie wynosi ona zaledwie 6/10. Ja nie będę aż tak surowy, bo to kawał dobrego hack'n'slasha, ale ocenę, która chodziła mi po głowie, muszę obniżyć o jedno oczko - ze względu na wspomniane problemy z trybem online, optymalizacją oraz wszelkiej maści bugami. Jeśli tylko autorzy uporają się z tymi problemami, śmiało dodajcie do poniższej noty punkt. To jeden z tych przypadków, kiedy lepiej odczekać trochę czasu po premierze. Ale z pewnością warto dopisać ten tytuł do listy i śledzić bieżące doniesienia o patchach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy