Reklama

Trine 4 - recenzja

Trine 4 /materiały prasowe

​Trine to seria wręcz niezwykła. Wydawać by się mogło, że takie gry nie mają już dzisiaj szans na duży sukces. A jednak!

Podczas gdy większość deweloperów skupia się na tworzeniu strzelanek, zręcznościówek czy erpegów, fińskie studio Frozenbyte postanowiło poświęcić się serii platformówek, które stylem gry i klimatem przypominają przeboje z lat dziewięćdziesiątych. I zdecydowanie im się to opłaciło. Szczególnie, jeśli mowa o pierwszych dwóch częściach Trine, które zyskały przychylność zarówno recenzentów, jak i graczy. Co do "trójki", zdania były podzielone - część osób była z niej zadowolona, ale część narzekała na przejście w trzy wymiary, któremu towarzyszyło pojawienie się kilku istotnych mankamentów. W "czwórce" wprawdzie także zdecydowano się na trójwymiarową grafikę, ale całość prezentuje się znacznie, znacznie lepiej od poprzedniczki.

Reklama

W Trine 4 ponownie spotykamy się z trójką dzielnych bohaterów: rycerzem Pontiusem, magiem Amadeusem oraz złodziejką Zoyą. Tym razem muszą oni wybawić z opresji niejakiego Seliusa, księcia dręczonego przez koszmary, które przenoszą się do prawdziwego świata, zmieniającego baśniowe krainy w mroczne miejsca opanowane przez niebezpieczne stwory. Tak naprawdę fabuła nie ma w Trine 4 większego znaczenia. Jest przede wszystkim pretekstem do tego, by poprowadzić trójkę śmiałków przez kilkanaście różnorodnych, ciekawych i ślicznie zaprojektowanych etapów.

Autorzy nie kombinowali i postawili w Trine 4 na konwencję platformówki 2,5D. Pozbyli się tego, co nie zagrało w "trójce", i wykorzystali wyłącznie sprawdzone mechanizmy. Zabawa polega przede wszystkim (niemal wyłącznie) na parciu w prawo, omijaniu przeszkód i rozwiązywaniu łamigłówek. Te ostatnie to najmocniejsza strona Trine 4. Frozenbyte przygotowało przeróżne - mniej lub bardziej skomplikowane, ale zawsze dobrze pomyślane - zagadki, które wymagają od nas wykorzystywania charakterystycznych umiejętności bohaterów.

Pontius to siłacz wyposażony w miecz i tarczę, które przydają się nie tylko wtedy, gdy trzeba rozprawić się z jakimś stworem, ale także wtedy, gdy coś wymaga rozwalenia (choć nie tylko). Potrafi także... siarczyście beknąć po wypiciu beczki piwa, co - uwierzcie na słowo - bywa naprawdę przydatną umiejętnością. Amadeus, władając magią, potrafi utorować dalszą drogę na przeróżne sposoby. Wśród jego sztuczek znajdują się m.in. przywoływanie przedmiotów czy manipulowanie elementami otoczenia. Z kolei Zoya odznacza się zwinnością i umiejętnością strzelania z łuku. Przełączając się na nią, możemy m.in. tworzyć prowizoryczne mosty, łączyć ze sobą przedmioty przy użyciu i wypuszczać zamrażające strzały. Czasem trzeba naprawdę mocno pokombinować, aby wpaść na rozwiązanie problemu, ale gdy już się uda, odczuwa się nie lada satysfakcję.

Gra staje się jeszcze bardziej emocjonująca, przyjemniejsza i ciekawsza, gdy znajdziemy kogoś do wspólnej zabawy. W Trine 4 znalazła się opcja kooperacji dla dwóch lub trzech osób i muszę przyznać, że w tej formie jest to po prostu złoto. Gracze mogą (czy też muszą) nie tylko ze sobą współpracować, ale także dokuczać sobie nawzajem. To świetny sposób na spędzenie czasu wolnego ze znajomymi lub członkami rodziny. Wspólne rozwiązywanie zagadek wciąga, podobnie jak stawianie czoła bossom. Notabene, starcia z nimi wypadają o wiele lepiej od potyczek ze standardowymi przeciwnikami, które po jakimś czasie stają się monotonne.

Trine 4 zostało wzbogacone o czarującą oprawę audiowizualną, która sprawiła, że zakochałem się w tej grze od pierwszego wejrzenia (i usłyszenia). Charakterystyczny, baśniowy charakter został, mam wrażenie, nie tyle utrzymany, co wręcz dodatkowo wyeksponowany. Otoczenie jest kolorowe (choć czasem także mroczne), zróżnicowane i pełne szczegółów, a modele postaci dopracowane i płynnie animowane. Dzieła dopełnia muzyka, która zawsze wzorowo wpasowuje się w klimat danej planszy.

Trine 4 to platformówka w starym, dobrym stylu, ale w nowoczesnej oprawie. Śliczna, różnorodna, wciągająca i dająca dużo satysfakcji. A także dość długa, jak na tego rodzaju produkcję - ukończenie jej powinno wam zająć sześć-siedem godzin. Jeśli możecie spędzić ten czas z kimś bliskim przy jednym komputerze bądź przy jednej konsoli, zróbcie to - będziecie się bawić jeszcze lepiej. Ale nawet, jeśli nie macie z kim pograć, a macie ochotę na uroczą platformówkę, kupujcie bez zawahania!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje