Quizeirro Sprawdź swoją wiedzę i zmierz się z innymi. Google Play

Game over, Nintendo?

Nintendo oszacowało swoje tegoroczne straty (prawie miliard dolarów) i przewidywane zyski, których w tym roku fiskalnym nie będzie.

Kiedy firma, której potęga jest czymś tak oczywistym, jak wschodzące rano słońce pierwszy raz od trzydziestu lat opowiada o porażce i błędach, to coś jest naprawdę nie w porządku. Załóżmy jednak na chwilę różowe okulary...

Reklama

Nie mam zamiaru nikogo przekonywać do Nintendo, bo rozumiem doskonale, że w naszym kraju postrzega się ich konsole jako zabawki dla dzieci, a gry jako zbyt drogie. niepoważne popierdółki pokroju tego, co zalewa Android Market. Rozumiem też, że specyfikacja techniczna PSP kilka lat temu była imponujaca, podczas kiedy 16MB pamięci RAM w DSi nadal budzi co najwyżej uśmieszek politowania. Wiem też, że Kinect jako kontroler ruchowy sprawdza się dużo lepiej, niż sędziwe już Wii, które - jak mądrość internetowa głosi - jest tylko dwoma GameCube'ami sklejonymi taśmą.

Większość z tego się oczywiście zgadza, bo Nintendo jest firmą, która zajmuje się zabawkami. a one nie muszą być technicznym majstersztykiem. Od stu dwudziestu lat sprzedaje rzeczy, które służą głównie do bezproduktywnego marnowania czasu. Do tego, co określamy powszechnie "rozrywką".

Siłą Nintendo nigdy nie był potężny sprzęt, a software, którego nie dało się dostać nigdzie indziej. Rodzina DS-ów mając bebechy porównywalne z przeciętnym nowoczesnym kalkulatorem zgniotła na rynku wszystkie modele PSP (około 150 milionów DS-ów przeciwko 70 milionom PSP). Opóźnione w rozwoju Wii sprzedało się lepiej, niż PS3 i Xbox 360 (ponad 80 milionów przeciwko ok 55 milionom u konkurencji), a wpłynęło na to wszystko kilka czynników: ludzka gadżetomania, przystępność i... gry, ale te niepowtarzalne gry, których nie dało się dostać nigdzie indziej.

Za każdym razem, kiedy Nintendo próbowało konkurować bebechami konsol, zamiast pakować wszystkie siły w software i gadżety, zaliczało rynkowy fail. Między innymi dlatego też zarówno Nintendo64 (najbardziej zaawansowana technologicznie konsola swojej generacji), jak i GameCube okazały się porażką. Z finansowego dołka spowodowanego trzema nieudanymi produktami pod rząd wyciągnęło ich dopiero Wii: pierwszy sprzęt pozwalający na "granie ruchem", a jednocześnie pierwsza konsola, której targetem byli "casuale", oraz DS: pierwsza przenośka z dwoma ekranami, z czego jednym dotykowym. To były gadżety, których moc przeskoczyły błyskawicznie nawet telefony, ale - jak się okazało - ilość koni pod maską nie była w ich przypadku ważna.

DS-a rozkręciły na starcie tak naprawdę pierdoły - minigierki w Brain Training i Nintendogs, czyli podrasowane Tamagotchi, a potem nowe wersje klasycznych hitów: Mario w każdej możliwej postaci, Zelda, czy Pokemony. Siłą tej konsoli były przede wszystkim niesamowicie grywalne tytuły pochodzące prosto od Nintendo - gry, na których można by przybić ogólnorozrywkowy znaczek jakości, gdyby takie coś kiedykolwiek powstało. Ciężko szukać na dowolnym ich sprzęcie wielkich hitów firm trzecich - nie dość, że technicznie ich konsole nie dorastały do pięt maszynom konkurencji, to jeszcze wizerunek "przyjaznych rodzinie" nie pasował do krwawych tytułów pokroju God of War. Nawet developerzy indie mogli zapomnieć o prawdziwych pieniądzach: na konsolach Nintendo zarabiało Nintendo. Widać to wszystko zresztą dobrze na przykładzie Ubisoftu, który "zlitował się" nad Wii w zeszłym roku i zalał rynek "hitami" żenującymi bardziej, niż dowolne shovelware za pół dolara na AppStore. Wypuszczał zarówno gorsze wersje gier z PS3 i X360, jak i produkcje, które tam by się nie ukazały nigdy, bo nadszarpnęłyby dobre imię firmy kojarzonej z Assassin's Creed, a nie wirtualnym ZOO dla przedszkolaków.

Weźmy na tapetę jednak Super Mario 3D Land, albo The Legend of Zelda: Skyward Sword, które niedługo trafią do sklepów. Są to tytuły unikalne, których ani PS3, ani X360, ani PC nie ma i - prawdopodobnie - mieć nie będzie. Gry pokroju Super Mario Galaxy, Kirby's Epic Yarn, Pikmin, czy Pokemon Black w katalogu Sony nie figurują, a ich podróbki (czy może raczej: parodie) nie sprzedają się nawet w ułamku procenta tak dobrze. Ile osób ma w domu Pokemon White, a ile Invizimals?

Naturalnie nie ma po co rozprawiać nad wyższością kuchenki nad lodówką, ale warto zauważyć, że właśnie dzięki tym różnicom Nintendo istnieje na rynku. Według analityków nikt nie kupuje już drogich gier, jeżeli nie wyglądają jak filmy (Uncharted 3), bo mają takie rzeczy na telefonach - skąd w takim razie ogromna sprzedaż, jaką może pochwalić się praktycznie każdy wielki tytuł z Mario w tytule? Ludzie są w stanie płacić za dobre gry, a logo Nintendo jest z reguły gwarancją jakości, czego nie można powiedzieć o markach takich, jak Zynga. Wystarczy spojrzeć na wyniki najlepiej sprzedających się gier w okresie od stycznia do września tego roku w Europie (w Stanach wykres wygląda podobnie):

Dobrze jest też wziąć pod uwagę fakt, że wypuszczając konsolę mogącą równać się pod względem technologii z konkurencją - Wii U - Nintendo będzie w stanie nie tylko przyciągnąć do siebie zewnętrzne firmy produkujące wysokobudżetowe hity, ale także wypuszczać pięknie wyglądające własne produkcje... nie dzieląc się nimi z nikim innym. O ile Xbox może pochwalić sie teraz Gears of War i Halo, które nie pojawiają się na PlayStation, to cały katalog Nintendo jest jednym, wielkim exclusivem. Wielką niewiadomą jednak jest to, czy Wii U nie podzieli losu GameCube'a i Nintendo64, chociaż na to akurat się nie zapowiada: po raz pierwszy bowiem Wielkie N próbuje zadowolić kogokolwiek poza sobą. Wystarczy przejrzeć wypowiedzi developerów, którzy zachwycają się łatwością, z jaką przerzuca się gry na Wii U (zintegrowanie Darksiders 2 z kontrolerem-tabletem zajęło przysłowiowe pięć minut), by nie skreślić tego sprzętu z miejsca.

Jednocześnie w świetle ostatnich strat finansowych - ponad 70 miliardów jenów w sześć miesięcy, czyli prawie miliard dolarów - i braku przewidywanego zysku w tym roku fiskalnym widać, że Nintendo błyskawicznie zaczyna otwierać się na nowoczesny świat. Zapowiedziano już, że niedługo pojawi się internetowa usługa pozwalająca przeglądać eShop i w przyszłości łatwo kupować z tego poziomu gry na 3DS-a, a japońskie dzienniki podają, że podobno niedługo możemy spodziewać się zezwolenia na mikropłatności, przed czym Nintendo dotychczas swoich konsol broniło zaciekle. Podpisano już papiery Netflixem, Hulu i Dreamworks (na razie tylko w Stanach i Kanadzie), a liczba dostępnych niedługo usług i dalszy plan rozwoju trójwymiarowego handhelda to wielka niespodzianka - nikt nie wierzył, że rzeczywiście jeszcze w tym roku 3DS przestanie być bezużyteczną i o wiele za drogą zabaweczką, a czymś przypominającym rzeczywistą konsolę do grania. Wyglądającą, co prawda, w porównaniu z PSVita jak DSi przy PSP, ale jednak - paradoksalnie! - właśnie tym, czym powinna była być od dnia swojej premiery. Tym, czego sześć milionów osób oczekiwało wykładając na nią swoje pieniądze.

W desperackiej potrzebie dobrych nagłówków internet średnio co trzy miesiące ogłasza, że w Nintendo źle się dzieje, a Michael Patchter ciągle jęczy, że powinni wydawać pierdoły na smartfony. Dzisiaj sprawy rzeczywiście mają się źle, a rodzice Mario pierwszy raz od trzydziestu lat przyznają się do ogromnych strat spowodowanych silnym jenem (tracą teraz na każdej sprzedanej grze i konsoli), oraz słabym popytem na starożytne już Wii i kiepskimi wynikami 3DS-a. Mimo wszystko chyba warto dać tej 120-letniej firmie kredyt zaufania, nie marudzić i nie pisać zbyt szybko nekrologów, prawda?

Przyszłość Nintendo nie wydaje mi się tak czarna, jaką chcą ją widzieć tropiciele sensacji i analitycy. Sezon świąteczny to przynajmniej trzy ogromne hity i murowane bestsellery, przyszły rok to kolejne wielkie produkcje i - niechybnie - nowe Pokemony, które sprzedadzą się w grubych milionach. To dalszy rozwój 3DS-a i podtrzymywanie przy życiu kolejnej już wersji Wii, która - o dziwo - może się całkiem dobrze sprzedać. To nowa konsola, która nawet na ten krótki czas przed kolejną generacją ma szansę postawić ich na wygranej pozycji w stosunku do konkurencji - mając dostęp do ciut lepszej grafiki i mogąc odpalać multiplatformówki posiadacze Wii U będą mieli też coś, czego nie ma nikt inny: gry Nintendo. A to razem z gadżetem w postaci nowego kontrolera - jak pokazała historia - może przyczynić się do kolejnego wielkiego sukcesu.

Ale nie musi - dlatego płaczmy nad Wielkim N, kiedy rzeczywiście będzie trzeba... Czyli jeszcze nie teraz, bo to już robi się naprawdę cholernie nudne.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje