Reklama

Czy gracz potrafi wybaczać?

Porażkę, jaką gigant z Redmond poniósł przy okazji prezentowania swojej wizji na funkcjonowanie w przemyśle konsol w ciągu najbliższych kilku lat, trudno nazwać wypadkiem przy pracy - to była prawdziwa katastrofa.

Nagle, w jednym momencie cała społeczność graczy niczym jeden mąż zwróciła się przeciwko kontrowersyjnej strategii Microsoftu. Nie zamierzamy rozstrzygać tego, czy polityka Amerykanów rzeczywiście miała głębszy, bardziej korzystny w kontekście przyszłości sens - tego typu dywagacji była już cała masa i pewnie jeszcze nie raz podejmować będziemy się analizy tego tematu.

Tym razem zajmijmy się czymś istotniejszym - mianowicie, czy gracze potrafią wybaczać? Jak doskonale wiemy korporacja z USA stosunkowo szybko ugięła się pod niesamowicie dużą presją ze strony konsumentów, powróciła do klasycznych, obowiązujących do tej pory zasad. Czy jednak ten zabieg okaże się wystarczający, by całkowicie wymazać z pamięci dobrze nam znane potknięcie? I co ważniejsze, czy pozwoli na nowo zaufać i przekonać do kolejnych inwestycji?

Reklama

Zanim spróbujemy odpowiedzieć sobie na te dosyć trudne pytania, warto przypomnieć, że branża elektronicznej rozrywki należy do tych gałęzi gospodarki, które rozwijają się w niezwykle dynamicznym tempie. Chcąc wiedzieć, co się dzieje w tak błyskawicznie zmieniającym się świecie, trzeba regularnie śledzić ulubiony przemysł, być na bieżąco z nowinkami, a nawet wybiegać w przyszłość, starając się podejmować decyzje na podstawie rzetelnych analiz. W świecie gier nie ma mowy o zatrzymywaniu się choćby na chwilę w teraźniejszości - to może przełożyć się na błędną ocenę rzeczywistości.

Wracając jednak do istoty tego artykułu, to w odniesieniu do epickiego nieporozumienia, które popełnił Microsoft przy okazji ujawniania konsoli następnej generacji, Xboksa One - ważne jest, aby spróbować sobie wyobrazić branżę gier w ciągu najbliższych pięciu lat. Gracze to bardzo interesująca grupa - w wielu przypadkach udowodniła już, że potrafi być niezwykle kapryśna i skłonna do zmian zdania. Z drugiej strony są także i gracze (szczególnie ci bardziej zagorzali), którzy potrafią żywić pretensje przez bardzo długi okres i nigdy nie zapomnieć błędów popełnionych przez "lekkomyślnych" producentów czy wydawców.

W związku z tym pytanie nasuwa się samo: czy zmiana stanowiska w dwóch najważniejszych aspektach dotyczących next-gena Microsoftu (wymogu podłączenia do sieci i używanych gier), które w jednym momencie podniosły ciśnienie milionom osób na całym świecie, będzie pamiętana i wytykana przez najbliższe lata? Bo, jeżeli tak, to możliwe, że czyjaś decyzja okaże się punktem zwrotnym w historii - Sony z powrotem mogłoby stanąć przed szansą odzyskania kontroli nad rynkiem gier wideo, nawet w Ameryce Północnej.

Co jednak, jeśli będzie zupełnie odwrotnie i po upływie pewnego czasu już nikomu nie będzie chciało się nawet wracać do tego incydentu, a jeśli nawet, to bardziej w kontekście dobrego żartu? Cóż, to chyba oczywiste - nowe urządzenie do grania Microsoftu po raz kolejny zdominuje rynek w USA, tak jak zrobił to jego poprzednik w wojnie z trzecią generacją japońskiego systemu PlayStation.

Los dwóch największych koncernów pozostawiony został w rękach konsumentów - od tego, czy będą dalej żywić żal, czy zapomną o wpadkach. W końcowym efekcie konsola Microsoftu nie będzie ograniczała graczy pod względem korzystania z używanych gier, ani wymagać codziennych logowań do systemu w celu synchronizacji. Ba! To jednak nie wszystko, bo ostatnio okazało się nawet, że Microsoft postanowił iść za ciosem i ogłosił m.in., że Xbox One oraz wszystkie gry na niego nie będą posiadać blokad regionalnych (z pewnością ułatwi to niektórym import). Na tym jednak zmiany się nie kończą, pewnym modyfikacjom ulegnie także sama usługa Xbox Live - wykupiony abonament przypisywany będzie do konsoli, a nie tak, jak do tej pory, do konkretnego użytkownika.

Jak sami widzicie MS stara się robić wszystko, żeby na nowo zaskarbić sobie serca i portfele graczy. Czas mija względnie szybko, bardzo trudno jest chować uraz przez dłuższy okres, chyba zgodzicie się z tym, prawda? Tym bardziej, że "pięta achillesowa" nowego systemu została brutalnie usunięta, a skoro tak, to z porzuceniem w odmęty niepamięci nie powinno być większych problemów. Cóż, tak pięknie to tylko wygląda na papierze, bo w rzeczywistości, co bardziej zagorzali gracze mogą zwyczajnie odwrócić się plecami, wypiąć i powiedzieć, że takich błędów się nie wybacza. Jak mawiał klasyk - zemsta jest rozkoszą bogów.

Żeby zobrazować sobie skalę problemu wystarczy choćby spojrzeć na nasza ostatnią ankietę, w której pytaliśmy Was o to, czy "Zmiana polityki Microsoftu w związku z używanymi grami przekonała Was do zainwestowania w konsolę Xbox One?". W badaniu wzięło udział ponad 900 osób. Jaki był tego rezultat? Ponad 50 procent zadeklarowała stanowczo, że pomimo usilnych prób wybielenia wizerunku przez Giganta z Redmond, PlayStation 4 jest konsolą, która oferuje więcej przeciętnemu konsumentowi. 30 procent naszych użytkowników stwierdziło, że niespecjalnie ich to interesuje, bo przez jakiś czas zamierzają pozostać przy konsolach aktualnej generacji, tj. Xboksie 360 (16 procent) i PS3 (14 procent). Idąc dalej, 11 procent badanych wciąż się waha i z podjęciem ostatecznej decyzji o zakupie nowej konsoli wstrzymuje się do momentu właściwej premiery urządzeń. Osób, które nie mają żadnych wątpliwości, są przekonani co do wyboru i zdecydowanie opowiadają się po stronie Microsoftu, jest najmniej, bo zaledwie 8 procent.

Tylko, czy w tym wypadku najmniej oznacza najgorzej? Niekoniecznie, bo kogo tak naprawdę interesować będzie zdanie pozostałych ankietowanych, osób, które obraziły się na Microsoft i przerzucają się na "religię" Sony? Cóż PR-owcy pewnie będą stwarzać pozory, bo przecież nie wypada inaczej, ale tak naprawdę już od dawna wiadomo, że w dłuższej perspektywie czasowej ważniejszy jest klient z grupy tzw. casual. Tak, dobrze przeczytaliście, chodzi o setki milionów okazjonalnych graczy, którzy nie mają w ogóle zielonego pojęcia o tym całym szumie. Ba, on ich to zupełnie nie interesuje, nie zwracają uwagi na doniesienia prasowe - po prostu pójdą do sklepu i zobaczą kolorowe, wypasione stoiska Microsoftu - to im wystarczy, będą wiedzieć, że to nowy Xbox i trzeba go kupić.

Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że to całe zamieszanie wywołane kontrowersyjną polityką Microsoftu w konsekwencji wyjdzie jeszcze firmie na dobre. Tak na zdrowy rozsądek, to już wychodzi. W ostatnich dniach, jakby trochę przycichło w mediach o Sony i ich PlayStation 4. Rewelacje z japońskiego obozu zastąpione zostały amerykańską ofensywą, istnym bombardowaniem wiadomościami o kolejnych udogodnieniach dla przyszłych użytkowników Xboksa One. Czy nam się to podoba, czy też nie - tak właśnie wygląda współczesne pole marketingowej walki. Tutaj liczą się duże pieniądze, refleks, ale przede wszystkim trzeźwa ocena sytuacji i zaprojektowanie odpowiedniej strategii. Kto w tym wypadku okaże się lepszy? Czas pokaże. Zapowiada się długa i emocjonująca bitwa.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje