Reklama

Men of War

Fani wymagających gier strategicznych nie mają najlepszego zdania o podgatunku RTS. W sumie trudno się im dziwić, bo przecież większość produkcji spod tego znaku to w najlepszym razie gierki taktyczne, a najczęściej zwykłe zręcznościówki. Co prawda od kilku lat widać wyraźny trend ku poprawie sytuacji, ale ogólny odbiór RTS jest jaki jest.

Dlatego też firma Best Way od początku miała pewne problemy ze swoimi grami. Miłośnicy strategii czasu rzeczywistego za diabła nie potrafili odnaleźć się w kompleksowej, realistycznej formule, jaką miało Soldiers: Ludzie Honoru, a musiało upłynąć nieco czasu, nim do hardcorowych zawodników dotarła pocztą pantoflową wieść, że to produkcja dla nich. Ich następne dziecko, Faces of War: Oblicza Wojny, budziło zaś inne kontrowersje - Best Way zmieniło nieco formułę zabawy, jakby chcąc przyciągnąć nowych fanów, ale... tyle ile udało się na tym zyskać, tyle samo też zostało stracone. Chyba nikt z osób, które polubiły pierwszą grę nie uznało drugiej za faktyczny krok naprzód. Men of War cofa się nieco w stronę Soldiers: Ludzie Honoru - i to posunięcie twórców okazuje się być jak najbardziej słuszne. Niestety, ogólny pozytywny odbiór gry jest zaburzony przez liczne niedoróbki.

Reklama

Czy to seria, a jeśli tak, to która jej część?

Na postawione powyżej pytanie żaden sprzedawca ani dziennikarz branżowy nie potrafi udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Ewidentnie kolejne gry Best Way robią wrażenie cyklu. Nie mają jednak wspólnego rozpoznawalnego elementu tytułu, czyli ni diabła nie budują marki. Soldiers: Ludzie Honoru to gra pierwsza. Był do niej dodatek, ale nie został on wykonany przez Best Way. Potem mamy Faces of War: Oblicza Wojny, niejako drugą część serii. Czy Men of War jest trzecią? No, nie do końca, bo wtedy i Outfront: Na tyłach wroga trzeba by zaliczyć jako osobną część. Dlaczego? Otóż Men of War to bardziej dodatek do Faces of War (patrząc na rosyjskie wydanie), na podrasowanym silniku, ze zmienioną nieco koncepcją rozgrywki, ale dodatek. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Best Way zrzesza ludzi utalentowanych, ale bardzo chaotycznych. Im dokładniej się przyjrzeć Men of War, tym bardziej wrażenie zamienia się w przekonanie.

Teoretycznie próbę oceny gry powinno się pojąć w finalnej części recenzji. W wypadku tej produkcji trzeba jednak już na starcie poinformować o jednym: budzi ona bardzo mieszane uczucia. Na każdy plus przypada w zasadzie jakiś minus z podobnego zakresu. Na przykład realizm historyczny w grafice. Świetne modele w grze to zdecydowana zaleta, ale już to, co pokazują filmiki, woła o pomstę do nieba. Inny przykład to udźwiękowienie. Odgłosy walki i okrzyki żołdaków są realistyczne i bardzo ładnie nagrane. Za to już angielski podkład we wstawkach filmowych i wprowadzeniach do misji to rozpacz do kwadratu. Tandetny, źle akcentowany, monotonny i miejscami głupawy. Najgorsze, że nasza wersja będzie kinowa, i to z pewnością nie na bazie rosyjskiego oryginału, tylko tej koszmarnej pseudo-angielskiej tandety.

Dla każdego coś miłego

Trzy kampanie, które przygotowano dla graczy, zawierają w sumie 19 misji, z czego na odsłonę rosyjską przypada praktycznie połowa. Niby to nie za wiele, ale trzeba mieć na uwadze, że każdej z nich trzeba poświęcić wiele godzin. W zasadzie biorąc pod uwagę to, iż misje oparto na skryptach poszerzających stopniowo teren działań, to można je traktować jako mini-kampanie same w sobie. Mile zaskakuje zróżnicowanie scenariuszy. Wśród nich na uwagę zasługują zwłaszcza misje oparte na schemacie zbliżonym do serii Commandos. Mamy garstkę żołnierzy i musimy wykonać zadanie. Obserwujemy pole widzenia wrogów, eliminujemy ich po cichu i chowamy ciała w krzakach. Świetnym pomysłem jest możliwość gaszenia świateł ulicznych - celny strzał i zapada ciemność, w której łatwiej nam operować. Co prawda założenia scenariuszy są czasem absurdalne, bo skoro w jednym komandoskim zadaniu nasi chłopcy mieli pistolety z tłumikiem, to czemu nie zabierają ich na kolejne, równie potajemne? Niepotrzebne utrudnianie gry, do tego wbrew logice.

Mamy też zadania czysto szturmowe, gdzie margines kombinacji jest mniejszy, ale za to można pobawić się różnorakim sprzętem. Szkoda, że pozostawiono też masówki - z pierwszą spotykamy się w zasadzie na początku, bo w drugim scenariuszu rosyjskim. Mechanika gry nie sprzyja działaniu za pomocą bardzo licznych sił - kompleksowe zarządzanie działaniami małej grupy sprawia w Men of War większą przyjemność. Zwłaszcza że pauza jest jedynie niby-aktywna, bo liczne opcje wymagają jej ciągłego wyłączania. Dodając do tego szwankujący pathfinding (łatwy do opanowania przy kilku jednostkach), otrzymujemy efekt wywołujący ból głowy i generujący frustrację. Mała sugestia: nim podejmiecie się pierwszego masowego zadania, wyćwiczcie sobie obsługę skrótów klawiszowych na poziomie automatu. To zmniejszy nerwówkę i - u bardziej impulsywnych jednostek - pozwoli ograniczyć straty w sprzęcie, na którym gracie.

Powyższa wyliczanka rodzajów misji to jedynie przybliżenie. Do tego scenariusze nie są jednorodne. Bywa, że to co zaczyna się jako misja tajna, nagle zmienia charakter na desperacką obronę przed zmasowanym atakiem. Szkoda, że czasem skrypty oparte na stopniowym rozwoju sytuacji zbytnio zawężają pole do manewru. Na szczęście jednak twórcy zostawili i tak sporo miejsca na inwencję taktyczną graczy. Dzięki temu - i mnogości dostępnego sprzętu, o czym szerzej za chwilę - w zasadzie każdą z misji można przechodzić na kilka sposobów, co wydatnie zwiększa żywotność gry.Osiołkowi w żłoby dano...

Nikt nie starał się w grze wprowadzać sztucznych ograniczeń co do wykorzystywania sprzętu. Każdy przedmiot z ekwipunku wroga i każdy będący na chodzie pojazd może zostać wykorzystany. A taki nieco popsuty zawsze można naprawić, jeśli tylko skądś skombinuje się skrzynkę narzędziową. Pod względem ekwipunku nie istnieje chyba gra strategiczna dająca aż taką swobodę wyboru. Trochę martwi, że różnorodności broni nie towarzyszy zróżnicowanie amunicji. To spore i psujące realizm uproszczenie. Dam konia z wozem temu, komu udałoby się załadować pepeszę pestkami z MP-41 albo strzelić z dowolnego niemieckiego czołgu za pomocą brytyjskiego pocisku o teoretycznie analogicznym kalibrze. Tak, mamy jedynie jeden podstawowy typ naboju karabinowego, jeden rodzaj pudełka z taśmą do cekaemu i tak dalej. Fakt, że łatwiej dzięki temu jest zmieniać broń jak rękawiczki, ale szczypie to w oczy.

Arsenał odwzorowany w Men of War jest naprawdę imponujący. Nie tylko typowe, zakorzenione w masowej świadomości pukawki i pojazdy, ale też mnóstwo innych, znacznie mniej znanych. Ogólnie aż trudno się zdecydować, co wykorzystać. A to oznacza, że warto zagrać jeszcze raz, z innym podejściem do uzbrojenia... Dla miłośników militariów to raj, zwłaszcza że modele odwzorowano bardzo szczegółowo. Owszem, twórcom zdarzyło się kilka potknięć merytorycznych (a może nie im, a tłumaczom z rosyjskiego na angielski, z którego dopiero nastąpi przekład na nasz język?), takich jak niewłaściwe nazewnictwo wersji rozwojowej danego pojazdu, ale to przypadki odosobnione. Szkoda, że twórcy nie dorzucili szczegółowej encyklopedii broni - prawdopodobnie miałaby niewiele potknięć, więc stanowiłaby dodaną wartość edukacyjną. Szczerze mówiąc, z braku dokładniejszych informacji o wszelakich typach broni i pojazdów, ktoś kto nie jest specjalistą od drugowojennych militariów może poczuć się bardzo, bardzo zagubiony...

Wrogie i bratnie mięso armatnie

Życie żołnierza na froncie nie należy do rzeczy specjalnie drogich. Jest tylko jedna prawda o wojnie: umierają na niej ludzie - jak powiedział generał Sheridan. Twórcy gry pamiętali o tym i trzeba przyznać, że nieźle przenieśli to w realia wirtualnych zmagań. Trup ściele się gęsto, co przy dosyć skromnych siłach, jakimi zwykle dysponujemy, oznacza konieczność notorycznego zapisywania stanu gry i odtwarzania go po każdym momencie nieuwagi. Co prawda wojacy dysponują bandażami o niemal cudownej mocy, ale ich użycie wymaga dużo czasu i odłożenia broni. Nie zawsze jednak jest czas na taki luksus. Bywa, że jesteśmy świadkami prawdziwych rzezi, z których musimy jakoś wyprowadzić swoje siły (a czasem również uratować te będące pod kontrolą komputera). Do tego dochodzi hekatomba w siłach nieprzyjaciela, bo trudno ukończyć misję (nawet taką, w której mamy poniżej dziesięciu podkomendnych) bez zabicia półtorej do dwóch setek wrogów i wyeliminowania przynajmniej kilkunastu pojazdów.

Tę rzeź ułatwia nam sam komputer, bo - z przykrością to stwierdzamy - SI nie prezentuje się rewelacyjnie. Tłum piechurów czołgających się w stronę czołgu, którzy nawet nie miotają granatów (z karabinu czy peemu mogą najwyżej poćwiczyć rykoszety od pancerza, co robią z entuzjazmem) to widok tyleż idiotyczny, co przykry i nagminny. Przejmując bezpośrednią kontrolę nad pojazdem czy jednostką, zamieniamy ją de facto w anioła śmierci - granicą jest jedynie stosunek używanego uzbrojenia do pancerza celu. O ile oczywistym jest, że SI nie jest w stanie dorównać człowiekowi, to już zagadką pozostaje jego żałosna skuteczność w eliminowaniu z karabinu maszynowego wojaków wroga - własnoręcznie robi się to bardzo łatwo. Owszem, braki w skryptach nadrabiane są liczebnością, ale chyba nie o to chodzi, prawda?

Nie ma lekko

Jak już powiedzieliśmy, gra jest rozbudowana i złożona, a czasem mamy nieco zbyt wiele jednostek pod rozkazami, by o każdą zadbać. Jest na to metoda: można misje z kampanii odpalić w formie kooperatywnej rozgrywki sieciowej dla kilku osób. To jeden z ukrytych pazurów Men of War - zwłaszcza, że taka posiadówa poprzez sieć LAN może być ciekawą formą spędzenia weekendu dla osób interesujących się drugą wojną światową. Oczywiście to tylko jeden z typów zabawy w trybie multiplayer (notabene do klasycznych zmagań oddano też armię japońską), więc wystarczy, że nową produkcją Best Way zainteresuje się więcej osób, a żywotność Men of War wybitnie wzrośnie.

Naprawdę, ta gra ma wielki potencjał i zapewnia zabawę taktyczną na niespotykanym poziomie. Jednak od tak złożonych produktów intuicyjnie oczekuje się dobrego wykonania. Z tym jak widać bywa różnie. A przecież od momentu rosyjskiej premiery pierwowzoru naszego Men of War minęło nieco czasu. Szkoda, że dalej czuć pewien niedosyt. Jest to zresztą paskudny rodzaj niedosytu, bo odczuwa się go bardzo długo... a to z prostego powodu, że jak już się zacznie grać, to się siedzi przy komputerze godzinami. Bo niezależnie od fatalnych lektorów, słabych filmików i ograniczonej umysłowo SI, Men of War wciąga i potem trzyma jak zima w okolicach Stalingradu. Ponarzekać można, ale grając - szkoda odpuścić sobie tak interesującą pozycję.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje