Władca Pierścieni: Podbój

Od dawien dawna dziwi mnie pewien fakt. Mianowicie chodzi o najbardziej znane dzieło Tolkiena - Władcę Pierścieni - i wirtualne adaptacje tejże trylogii. Przed premierą filmu Petera Jacksona gier wykorzystujących to szalenie bogate uniwersum było jak na lekarstwo.

Zaglądając w głąb pamięci przypominam sobie tylko tytuły z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Reklama

Machina ruszyła dopiero po kinowym debiucie adaptacji tolkienowskiej literatury. Rozpoczął się wówczas istny szał, dzięki któremu ludzie, w tym oczywiście gracze, przypomnieli sobie o istnieniu Władcy. W przeciągu kilku lat otrzymaliśmy bodaj dwa RPG-i, kilka wartych uwagi strategii oraz wszelakiej maści gry akcji.

I jeszcze jeden i jeszcze raz...

Wydawca posiadający prawa do filmowej trylogii postanowił po raz kolejny zaproponować graczom nieskomplikowaną "rąbankę", zorientowaną głównie na możliwości zabawy w sieci. Brzmi całkiem obiecująco uwzględniwszy fakt, że zapowiadano przeniesienie wszystkich filmowych bitew w wirtualne realia. Wyobraźcie sobie tylko ogromną batalię na Polach Pelennoru, gdzie po przeciwnej stronie barykady stoją inni gracze. Mogło wyjść z tego naprawdę coś sympatycznego, ale - jak w większości przypadków - coś nie do końca poszło zgodnie z planem.

Za najnowszy twór spod znaku Władcy Pierścieni odpowiada Pandemic Studios - autorzy między innymi ciepło przyjętych Star Wars: Battlefront, Full Spectrum Warrior czy Mercenaries, a więc ekipa z doświadczeniem i naprawdę zacnymi tytułami na koncie. Tym bardziej serce me się radowało, gdy widziałem charakterystyczne logo dewelopera na pudełku. I właściwie tyle było całej tej ekscytacji, bo w końcu przyszedł czas na to, by grę zainstalować i niestety ją ukończyć.

Od początku wiadomo było, że Podbój korzysta tylko i wyłącznie z tego, co oferuje licencja filmowa. Żadnych dodatkowych wątków i nawiązań do motywów czysto literackich tu nie odnajdziemy. Mamy zatem do czynienia z kolejną adaptacją filmowego przeboju, tym razem poruszającą - jak już zdążyliśmy wspomnieć - temat największych bitew, znanych ze srebrnego ekranu. Warto przy tym dodać, że twórcy posunęli się o krok dalej i w jednej z dwóch dostępnych kampanii zaproponowali alternatywną historię, w której to tryumfatorem jest najokrutniejszy z okrutnych w Śródziemiu - sam Sauron. I to tyle jeśli chodzi o inwencję, reszta sypie się niczym Barad-du^r w finale Powrotu Króla.

Łubu dubu...

Zanim jednak gracz wcieli się w postać któregoś z czarnych charakterów Śródziemia, musi przebrnąć przez wyglądającą dosyć znajomo kampanię Sił Dobra, nazwaną tutaj Wojną o Pierścień. Wśród miejscówek, które mamy okazję odwiedzić w tej części gry, znalazły się między innymi Helmowy Jar, Osgiliath, Kopalnie Morii czy Wichrowy Czub. Nie są one ze sobą spójnie połączone, każda z lokacji to nic innego, jak tylko pojedyncza misja poprzedzona migawkami z filmu. Im dalej udało nam się zajść, tym większy dostrzegaliśmy w tym wszystkim chaos.

Zdecydowanie brakuje tu jakiegoś spoiwa łączącego poszczególne etapy. Kilkuzdaniowe opisy przed i po każdej misji są w porządku, ale tylko jako wprowadzenie umilające oczekiwanie na załadowanie gry. Mamy za to wyjęte z kontekstu motywy i znane z filmu główne cele do wykonania. Choć te ostatnie też do końca wierne dziełu Petera Jacksona nie są. Czasem dochodzi wręcz do istnych absurdów, kiedy dla przykładu w Kopalniach Morii Gandalf może niechybnie polec w boju, co nie zakończy gry, wszak pomsty na Barlogu dokona wówczas zwykły wojak jakich wielu. A już kompletnie rozłożył nas moment najazdu na Rivendell w kampanii Złej Strony. Wówczas pod postacią samego Saurona staramy się raz na zawsze wysłać za wielką wodę Elronda. W przypadku zejścia naszego protagonisty zostajemy po prostu przeniesieni do menu wyboru postaci i kończymy sprawę już w skórze orczego pomiotu.

Dowiedz się więcej na temat: misje | Władca pierścieni | pierścień | podbój

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje