Reklama

Quizeirro Sprawdź swoją wiedzę i zmierz się z innymi. Google Play

Star Citizen - zapowiedź

Star Citizen /materiały prasowe

​Jedni twierdzą, że to największe przedsięwzięcie growe w historii, drudzy uważają, że to... największy przekręt w historii przemysłu gier wideo. Gdzie leży prawda?

Reklama

O Star Citizen trudno rozmawiać bez emocji. Dla części graczy to spełnienie marzeń o powrocie Chrisa Robertsa i kultowej serii Wing Commander, którą produkcja studia Cloud Imperium Games jest mocno inspirowana. Jednak jest pewna grupa - i ta grupa cały czas rośnie - której zdaniem jest to największy przekręt w dziejach. No, bo jak to możliwe, że projekt, który sami gracze wsparli kwotą ponad ćwierć miliarda dolarów (tak, to wszystko dzięki crowdfundingowi i mikrotransakcjom!), po dziewięciu latach powstawania wciąż znajduje się w fazie alpha? W takim tempie można się spodziewać, że w pełną wersję zagramy około... 2030 roku? O ile w ogóle zagramy. Wszakże istnieje teoria spiskowa, której zwolennicy twierdzą, że Star Citizen zaczął powstawać nie po to, by kiedykolwiek powstać, tylko po to, by wyciągnąć setki milionów dolarów z kieszeni graczy, wykorzystując rozmaite sentymenty.

O dwóch z tych sentymentów już wspomniałem. Pierwszy to Chris Roberts, czyli branżowa legenda i ojciec takich klasyków, jak Wing Commander, Star Commander czy Freelancer. Kolejny to owe gry same w sobie, a w szczególności Wing Commander, który na swoje czasy (a był to początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku) był prawdziwym fenomenem. W jej czwartej części mogliśmy obejrzeć (pomiędzy misjami) kilka godzin całkiem wysokobudżetowego materiału wideo z udziałem takich aktorów, jak Mark Hamill czy Malcolm McDowell. W tamtym okresie to robiło wrażenie i musiało się sprzedać.

Reklama

A skoro o aktorach mowa, to mowa zarazem o kolejnym sentymencie, na którym bazuje Star Citizen. Jeśli śledzicie losy tego projektu, to pewnie zorientowaliście się, że już jakiś czas temu został on podzielony na dwie części - Star Citizen to obecnie ogromna, osadzona w otwartym świecie gra, przeznaczona do zabawy przez sieć, a kampania single player jest rozwijana pod osobną nazwą, a mianowicie Squardon 42. I w tej spektakularnej kampanii mamy zobaczyć takich aktorów, jak wspomniany już Mark Hamill, ale także Gary Oldman, Ben Mendelsohn, Henry Cavill, John Rhys Davies, Gillian Anderson czy Andy Serkis czy Liam Cunningham. Złośliwi dodadzą: "o ile zobaczymy".

W obu przypadkach - zarówno w multiplayerze, jak i w singlu - Star Citizen ma być epicką symulacją kosmiczną, w której jednakowoż nie będziemy tylko latać i strzelać, ale także będzie nam dane zejść z pokładu i przemierzać bazy kosmiczne czy powierzchnie planet. Ale to oczywiście na tę chwilę, bo skoro gra jest obecnie dopiero na etapie alphy, a gracze łożą na nią kolejne miliony dolarów, to trudno powiedzieć, czym będzie za dwa czy trzy lata. Kto wie, może przerodzi się w VR-ową symulację kosmiczną z możliwością budowania własnych baz czy kolonizowania ciał niebieskich? Wszystko jest możliwe.

Chris Roberts zbudował wokół Star Citizen tak dużą, tak wierną i - można powiedzieć - tak ślepo zapatrzoną grupę fanów, że jego zespół może liczyć na nieustanny dopływ nowych środków. To historia bez precedensu, że gra będąca na tak wczesnym etapie rozwoju (choć, trzeba przyznać, już w tym stadium robi kolosalne wrażenie) jest w stanie skusić graczy do wydania na przykład równowartości 100 tysięcy złotych na pakiet rozszerzeń Legatus Pack, zawierający 117 statków ze 163 dodatkowymi elementami i skórkami. Tak, to nie literówka - 100 tysięcy złotych.

Star Citizen i towarzysząca mu historia są tak nieprawdopodobne, że nie ma się co dziwić, że niektórzy wątpią, że ta gra kiedykolwiek się ukaże. Z jednej strony - już teraz twórcy mogą się pochwalić fenomenalnie wyglądającymi gameplayami czy cutscenkami, przy których momentalnie zaczynam rozmyślać o ulepszeniach mojego prywatnego peceta. Jednak z drugiej - projekt wciąż tkwi w fazie alpha, wciąż zostało w nim tak wiele do zrobienia, a przecież twórcy zainwestowali w niego już ponad ćwierć miliarda dolarów (pochodzących z kont i kart kredytowych graczy).

To już teraz czyni ze Star Citizen najdroższą w produkcji grę wideo w historii! Dla porównania Star Wars: The Old Republic kosztowało 200 milionów dolarów, Grand Theft Auto V - 137 milionów, a Max Payne 3 - 105 milionów. Jednak te produkcje ukończono i już dawno oddano w ręce graczy w pełnych wersjach. A czy Star Citizen kiedykolwiek zostanie ukończony? Choć nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, miałbym obawy przed postawieniem u bukmachera nawet tysiąca złotych. A być może lepiej byłoby zainwestować tę sumę w pięć działek 4 na 4 kilometry na którejś z planet w Star Citizen po - bagatela - 200 złotych za jedną?

Dowiedz się więcej na temat: Star Citizen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje