Until Dawn - recenzja

No, w końcu coś świeżego. Takiej gry, jak Until Dawn, na nowych konsolach jeszcze nie było.

Podczas gdy na PlayStation 4 i Xboksa One trafiają coraz to nowe gry akcji, zręcznościówki i RPG-i, studio Supermassive Games zaprezentowało coś zupełnie innego. Najnowsza ich gra - Until Dawn - to produkcja w stylu Heavy Rain, osadzona w klimacie horroru a'la lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte. Chociaż może określenie "gra" to trochę zbyt dużo w tym przypadku. To bardziej interaktywny film. Bardzo dobrze zrealizowany, momentami rzeczywiście straszny, a do tego nieliniowy.

Until Dawn opowiada historię ósemki przyjaciół, którzy wyruszają po raz kolejny do Blackwood Pines, gdzie dokładnie rok wcześniej wydarzyła się tragedia. Dwie ich znajome (siostry) zginęły w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. To coś (bo wcale nie jest pewne, że był to człowiek), co przyczyniło się do ich śmierci, grasuje tutaj do dziś.

Reklama

Możecie się więc spodziewać, co czeka naszą żądną zabawy z dreszczykiem ósemkę. Historia rozpoczyna się w posiadłości, w której grupka spędzała czas rok temu, ale później przenosi się także w inne miejsca, w tym do gabinetu pewnego szalonego analityka - Doktora Hilla, o którym nic nie wiemy (ba, nie wiemy nawet, dlaczego u niego jesteśmy). Jest to tajemniczy i bardzo ciekawy wątek.

Gra nie jest horrorem, przez który nie będziecie później spać po nocach. Owszem, jest tu całkiem sporo momentów powodujących nagłe napięcie mięśni czy wywołujących ciarki na plecach, ale generalnie jest to bardziej pastisz filmowych horrorów klasy B z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. My sami dopatrzyliśmy się w Until Dawn elementów zaczerpniętych z "Krzyku", "Koszmaru minionego lata" bądź "Piątku trzynastego", ale także z nieco nowszych produkcji, jak "Piła" czy "Silent Hill". Czasem jest strasznie, czasem po prostu klimatycznie (autorzy bardzo sprawnie stworzyli atmosferę grozy, która prawie cały czas trzyma nas w napięciu), a czasem wręcz kiczowato. Ale o to tutaj właśnie chodzi. I efekt jest naprawdę dobry.

Jednak to, co Until Dawn ma najlepszego do zaoferowania, to nieliniowy charakter zabawy. Gra - poza tym, że oferuje nam zabawę w eksplorację i zbieranie dowodów - pozwala nam co i rusz podejmować decyzje. W określonych momentach otrzymujemy dwie opcje do wyboru i decydujemy się na jedną z nich, wychylając prawą gałkę w lewo lub w prawo (jest też dostępne sterowanie za pomocą ruchów padem, ale jest ono mniej wygodne).

Możemy na przykład zdecydować, czy chcemy pocałować drugą połówkę, czy nie; czy wolimy pójść pewniejszą, czy szybszą drogą; czy lepiej według nas powiedzieć prawdę, czy skłamać etc. Niektóre wybory wpływają tylko na to, jaką scenkę za chwilę zobaczymy, ale są też takie, które w większym stopniu wpływają na ciąg dalszy. I ten cały zbiór decyzji, który z czasem uzupełniamy, finalnie określa, jakie zakończenie zobaczymy.

W grze nie brakuje sekwencji QTE, które nie powinny nastręczyć wam większych trudności. A nawet, jeśli powinie wam się noga, to i tak nic szczególnego się nie stanie. Prawdę pisząc, poziom trudności w Until Dawn jest według nas trochę zbyt niski. To jeszcze bardziej zmienia charakter tej produkcji z "growego" na filmowy (choć cały czas interaktywny). Po drodze znajdujemy też totemy, które pozwalają nam zajrzeć w możliwą przyszłość (to, czy dana wizja się ziści, może zależeć od nas), ale nie potrafiliśmy zrozumieć i docenić tego pomysłu twórców. Według nas to niepotrzebny dodatek.

Until Dawn zostało bardzo dobrze wyreżyserowane. Autorzy wiedzą doskonale, jakie ujęcia kamer dobrać w określonych sytuacjach, jak pokazać emocje bohaterów czy kiedy przerwać dany wątek i przejść do drugiego. A propos bohaterów jeszcze - o ile początkowo mogą się wydawać sztampowi, infantylni czy wręcz irytujący, o tyle z czasem coraz bardziej ich lubimy i coraz bardziej zaczyna nam zależeć na ich losie. Cały czas zastanawiamy się, co ich czeka i któremu z nich (o ile w ogóle któremuś) uda się ujść z życiem. Szkoda tylko, że zakończenie opracowano po łebkach...

Postacie zostały także znakomicie opracowane graficznie. Każda z nich została zagrana przez aktora (najbardziej znane nazwisko z obsady to Peter Stormare, który wcielił się we wspomnianego Doktora Hilla) i przeniesiona na ekran przy wykorzystaniu technologii, którą poznaliśmy już przy okazji L.A. Noire. Efekt końcowy jest świetny. Co prawda czasem bohaterowie robią trochę nienaturalne miny, ale ogólnie trudno nie odnieść wrażenia, że ogląda się żywych ludzi. Otoczenie - wzbogacone o realistyczną grę świateł i cieni - także prezentuje się znakomicie. Niektóre ujęcia wyglądają tak, jakby je wyciąć z wysokobudżetowego filmu. Cieszy także różnorodność lokacji, o których jednak nie rozpisujemy się, aby zbyt wiele nie zdradzić.

Gorzej wypada dubbing - zarówno oryginalny, angielski, jak i polski (do stworzenia którego zaangażowano m.in. Maję Bohosiewicz, Aleksandrę Szwed czy Martę Wierzbicką). I nie chodzi tu nawet o grę aktorską, która jest niezła, ale o sposób nagrania. Wszystkie głosy brzmią tak, jakby zarejestrowano je przy użyciu średniej klasy smartfona, do tego w jakimś ciasnym pomieszczeniu, a do tego często są po prostu zbyt ciche. Drażni to przede wszystkim wtedy, gdy uczestnicy dialogu znajdują się na otwartej przestrzeni. Nie brzmi to realistycznie. Jednak z czasem można się do tego przyzwyczaić.

Until Dawn to długo wyczekiwany powiew świeżości, który może nie jest jakąś wielką rewolucją (ani nawet rewelacją), ale stanowi doskonałą odskocznię od większości gier, które trafiają do sklepów na co dzień. Jeśli macie ochotę przeżyć interaktywną przygodę, a do tego lubicie horrory, to wręcz nie możecie pominąć produkcji Supermassive Games.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Until Dawn
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama