Reklama

Stronghold: Warlords - recenzja

​W dzisiejszych czasach premiera każdej strategii czasu rzeczywistego wzbudza zainteresowanie.

Pewnie nie tylko ja mam tak, że od czasu do czasu odpalam StarCrafta, napawam się świetnym remasterem Command & Conquer czy wylewam żale nad Warcraft 3: Reforged. Pewnie nie tylko ja mam tak, że pobudzam się na każdą wieść o nowym, nadchodzącym RTS-ie. Pewnie nie tylko ja mam tak, że gdy któreś studio wznawia taką serię, jak Stronghold, nie potrafię się temu oprzeć.

Obok Stronghold: Warlords (czy też Twierdzy: Władców Wojny) nie przeszedłbym obojętnie, nawet gdyby ktoś oferował mi zamiast niego miesięczny abonament na moje ulubione sushi. W oryginalną Twierdzę zagrywałem się w 2001 roku, a później z wielką chęcią powracałem do zdobywania murów w kontynuacjach. A teraz przyszło mi spędzić kilka dni ze spin-offem tego cyklu, który po walkach w średniowiecznej Europie czy na Bliskim Wschodzie w okresie krucjat przenosi nas do dalekiej Azji.

Reklama

Zawarty w grze tryb single player rozpoczyna się w trzecim wieku przed naszą erą, a kończy dopiero w trzynastym stuleciu anno domini. W sumie czeka na nas pięć kampanii. Cztery z nich, skoncentrowane na podboju, zawierają po sześć misji. Piąta, skupiona na warstwie ekonomicznej (miła odmiana), składa się z aż siedmiu scenariuszy. Gracze mogą się więc nastawiać na wielogodzinną przygodę z myszką w dłoni. W jej trakcie poznają on losy takich władców, jak Thuc Phan, Shi Huang, Togoromi Hideuoshi czy sam Czyngis-Chan.

W głównych założeniach Stronghold: Warriors przypomina to, co znamy z pierwszych części serii. Podczas kolejnych misji skupiamy się na stawianiu budynków, rozbudowie twierdzy oraz szkoleniu armii, która posłuży nam do zgładzenia wroga. Gra pozwala nam szkolić różnorodne jednostki, oczywiście dopasowane do miejsca i czasu akcji (szkoda tylko, że nie zróżnicowano ich względem poszczególnych stron konfliktu). Z czasem uzyskujemy dostęp do kolejnych, coraz silniejszych typów wojska, jak również do nowych maszyn oblężniczych.

Ważny jest też aspekt ekonomiczny. Chcąc zbudować silną armię, musimy zadbać także o cywilów. W końcu ktoś musi pozyskiwać surowce, produkować broń i płacić podatki. Oczywiście żołnierze też nie biorą się z powietrza. Aby sprowadzić do naszej twierdzi jak najwięcej poddanych, musimy pilnować pilnować poziomu podstawowych dóbr (ryż, warzywa, mięso, herbata, ubrania), zapewniać miejsca do mieszkania i do spędzania czasu po pracy, a przy tym nie przesadzać z wysokością danin.

To tyle, jeśli idzie o podobieństwa. A co z nowościami? Ta najważniejsza jest związana z tytułowymi władcami, którzy sprawują władzę nad okolicznymi terytoriami. Możemy je zwyczajnie podbijać, ale jest też drugi sposób na podporządkowanie ich sobie - dyplomacja. Wystarczy zdobyć odpowiednią liczbę punktów dyplomacji, budując konsulaty i ambasady. Po zyskaniu sojuszników w osobach władców zdobywamy specjalne bonusy, związane czy to ze sferą militarną, czy ekonomiczną. Jednak do korzystania z nich także są potrzebne punkty dyplomacji. Stosunków z innymi władcami trzeba też nieustannie pilnować, bo każdy sojusz mogą oni zerwać.

Kampanie oferują naprawdę solidną rozgrywkę, która powinna przypaść do gustu każdemu miłośnikowi serii, ale to nie wszystko, co gra ma do zaoferowania. Znalazł się w niej także tryb swobodnej budowy, w którym nie tylko otrzymujemy od razu dostęp do wszystkich technologii, ale również nie musimy przejmować się wrogimi najazdami. Z drugiej strony mamy multiplayer, w którym czeka na nas prawdziwy test umiejętności. Moim zdaniem najlepiej potraktować go jako przedłużenie kampanii dla pojedynczego gracza. Różnica między sztuczną inteligencją a żywymi przeciwnikami jest olbrzymia. Oczywiście na korzyść tych drugich. Uwydatnia to fakt, że AI w Stronghold: Warlords wypada dość przeciętnie.

Gra wygląda... ładnie. Jak na dzisiejsze standardy, trąci trochę myszką, ale według mnie trzyma wystarczający poziom, jak na strategię czasu rzeczywistego. Polski wydawca zadbał o lokalizację, która co prawda wypada bardzo przyzwoicie, ale dziwi brak konsekwencji w dubbingu. Jednostki czasem mówią po polsku, a czasem nie.

Każdy, kto tęskni za serią Stronghold, powinien być zachwycony najnowszą odsłoną. A jeśli nie miałeś dotychczas do czynienia z Twierdzą, ale chętnie zagrałbyś w wojennego RTS-a, spróbuj - na pewno nie pożałujesz!

Przekaż 1% na pomoc dzieciom - darmowy program TUTAJ

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje