Reklama

Streets of Rage 4 - recenzja

Streets of Rage 4 /materiały prasowe

​Wielu z was może nawet nie pamiętać Streets of Rage. Nic dziwnego, w końcu ostatnia odsłona tego cyklu bijatyk ukazała się... 26 lat temu. I po tym ponad ćwierćwieczu światło dzienne ujrzał sequel!

Powrót takich starych (chyba nie przesadzam, używając tego słowa) serii zawsze wzbudza zainteresowanie. Nie tylko dlatego, że ludzie są na ogół sentymentalni, ale też dlatego, że każdy zastanawia się, jak archaiczny gameplay sprawdzi się dziś. W przypadku Streets of Rage 4 nie mówimy bowiem o remake'u pełną gębą, który oferowałby zupełnie nową rozgrywkę, ale o kontynuacji, która czerpie garściami z mechaniki znanej sprzed lat (nie tylko ze Streets of Rage), mogąc się przy tym pochwalić nowocześniejszą grafiką. W skrócie - stary król bijatyk w nowych szatach.

Reklama

Widać to nawet po podejściu twórców do fabuły. Ta w "czwórce" pełni tak samo istotną rolę, jak w poprzedniczkach. Czyli prawie żadną. Scenariusz przenosi nas do momentu niedługo po zakończeniu "trójki". Znani z niej bohaterowie - Axel Stone i Blaze Fielding - znów łączą siły, by stawić czoła tajemniczemu szwarccharakterowi, jakim jest Mr. X. W nowej odsłonie dołącza do nich dwójka nowych śmiałków - Cherry Hunter (córka Adama Huntera z poprzednich części) oraz Floyd Iraia (wzmocniony cyberwszczepami siłacz). W dalszych częściach gry odblokowujemy kolejne postacie, z których każda nie tylko wygląda inaczej, ale też bije się inaczej. Tak czy inaczej, od opowiadanej historii nie oczekujcie zbyt wiele. Jest ona głównie pretekstem do - wybaczcie wyrażenie, ale trudno znaleźć lepsze - wesołego naparzania!

Wiedzie ono przez dwanaście zróżnicowanych i ładnie przedstawionych plansz. Na końcu każdej z nich tradycyjnie czeka na nas boss. Zabawa jest przednia, niezależnie od tego, czy gramy sami, czy ze znajomym u boku. Grając w Streets of Rage 4, czułem się, jakbym przeniósł się w czasie, a jednocześnie nic mnie nie uwierało (czego trochę się obawiałem, wiedząc, że twórcy chcieli pozostać jak najbardziej wierni oryginałowi). No, może poza długością gry, nieprzekraczającą trzech godzin. Wiem, że tego rodzaju produkcje zawsze były krótkie, ale mimo to w dzisiejszych czasach można oczekiwać czegoś więcej. Z drugiej strony Streets of Rage 4 kosztuje tyle, co "połowa dużej gry" - około stu złotych.

Po ukończeniu wspomnianych dwunastu etapów czekają na nas jeszcze dodatkowe tryby. W Boss Rush mierzymy się wyłącznie z bossami, w Arcade przechodzimy jeszcze raz całą grę, ale z ograniczoną liczbą żyć, a do tego mamy jeszcze starcia PvP. Żadna z tych form zabawy nie zdołała zatrzymać mnie na dłużej, ale powiedzmy, że w sumie zapewniły mi jeszcze dodatkową godzinę spędzoną przed komputerem, z padem w dłoniach. Więcej czasu spędzę jednak pewnie w coopie, który pozwala na wspólną zabawę nawet czterem osobom.

Po zaliczeniu wszystkich trybów mogę z całą pewnością stwierdzić, że Streets of Rage 4 to rzeczywiście klasyka pełną gębą. To typowy beat'em up, w którym przemy cały czas naprzód i obijamy gęby kolejnym grupom wrogów. Sama walka dostarcza mnóstwo frajdy, a na wyższych poziomach trudności będzie stanowić wyzwanie nawet dla osób, które przed laty zjadły zęby na automatach. Poza standardowymi ciosami możemy wyprowadzać ataki specjalne, odmienne dla każdego z bohaterów. Za każdym razem płacimy za to punktami życia, które jednakowoż możemy odzyskać, okładając zbirów. Na drodze możemy też natrafić na gwiazdki, które pozwalają nam wyprowadzać potężne uderzenia, różne elementy otoczenia, którymi można potraktować oponentów. To wszystko w połączeniu daje naprawdę szeroki wachlarz możliwości.

Oczywiście Streets of Rage 4 nie miał prawa wyglądać tak jak poprzedniczki. Jednak autorzy zrobili, co mogli, aby odtworzyć typowy dla nich klimat. Dlatego nie uświadczycie tu na przykład żadnych trójwymiarowych elementów. Całość została przedstawiona w dwóch wymiarach, z wykorzystaniem ręcznie malowanych teł oraz komiksowych, płynnie animowanych postaci. Finalny efekt jest naprawdę dobry! Rzecz jasna, nie zabrakło także typowej dla klasycznych beat'em upów muzyki oraz odgłosów. Samo słuchanie tych wszystkich uderzeń i okrzyków to poezja dla uszu. Jednak zaznaczam, że piszę to jako osoba wychowana w latach dziewięćdziesiątych i na pewno przemawia przeze mnie trochę nostalgia.

Tym niemniej Streets of Rage 4 to gra, która powinna dostarczyć wiele przyjemności i satysfakcji zarówno starszemu, jak i młodszemu pokoleniu. To krótka (to dla mnie zdecydowanie największy minus) i prosta (to z kolei minus żaden, raczej wręcz przeciwnie), ale niesamowicie wciągająca przygoda, która smakuje jeszcze lepiej, gdy znajdziemy przynajmniej jednego kompana do wspólnej zabawy. A dla tych, którzy zagrywali się przed laty w poprzednie odsłony serii, to już absolutnie pozycja obowiązkowa!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy