Steamburg – recenzja

30 października 1938 roku odbyło się zrealizowane przez Orsona Wellesa słuchowisko radiowe, które miało na stałe zapisać się w historii. Bazowało ono na powieści Herberta G. Wellsa pt. "Wojna Światów" i przedstawiało w formie relacji na żywo opowieść o najeździe kosmicznych robotów na Ziemię.

Złowrogie maszyny miały szerzyć terror i zniszczenie, a także spopielać ludzi snopami gorąca. Choć historia ta napisana została już ponad sto lat temu, to wciąż oddziałuje na wyobraźnię, co najlepiej widać na przykładzie Steamburga.

Za produkcję odpowiada polskie studio Telehorse, które specjalizuje się w grach na platformy mobilne. Należała do nich ich debiutancka produkcja, Steampunker, która została bardzo pozytywnie przyjęta i obsypana nagrodami. Idąc za ciosem, twórcy zaprojektowali Steamburga, który ukazał się 2 listopada 2017 roku i był ich pierwszym tytułem,  który trafił na komputery osobiste.

Reklama

Nie bez przyczyny wspomniałem na początku o "Wojnie Światów". Fabuła Steamburga bowiem znacznie ją przypomina. Tu też ludzkość stanęła w obliczu inwazji z kosmosu, a najeźdźcami stały się złowrogie roboty kroczące z marszu kojarzące się z prozą Wellsa. Co więcej, nawet eksterminują ludzi w bliźniaczo podobny sposób, tropiąc ich, a później podpalając. W tej sytuacji mieszkańcy tytułowego miasta Steamburg, które zostało zaatakowane, uciekli na prowincję, lub zostali szukając schronienia przed wrogiem.

Steamburg to połączenie gry logicznej i zręcznościowej, w której głównym bohaterem jest Vincent Moore, którego gracze mogą znać ze Steampunkera. Przybył do miasta kilka lat wcześniej, by jako pasjonat elektryczności wykładać na lokalnym uniwersytecie. Wojna przerwała jego pracę i zmusiła go do ukrywania się. Na dodatek musiał ruszyć tropem ukochanej Elizabeth, aby odnaleźć ją i uchronić przed robotami. Choć fabuła nie jest może zbyt oryginalna, to pozwala na wczucie się w opowieść i dzięki niej zrozumiałe są działania naszego protagonisty.

Vincent nie jest bezbronny w obliczu czyhającego na niego zagrożenia. Jako wzięty wynalazca wymyślił elektrobomby, które miały stać się bronią przeciwko niewrażliwym na inne środki robotom. Choć okazało się, iż nowy wynalazek nie działa w taki sposób, to pozwala on przyciągnąć uwagę przeciwników i skierować ich w pobliże Cewki Tesli, która rażąc piorunami jest w stanie uporać się z naszymi wrogami. Jest to jedyny środek walki z przeciwnikami, którym będzie posługiwał się Vincent. Tych natomiast pojawia się kilka rodzajów, co należy zaliczyć na plus.

Na każdej planszy naszym celem jest pokonanie kilku przeciwników, a także zdobywanie zielonych kul, które pozwalają odblokować kolejne etapy. Choć brzmi to dosyć prosto, to czym innym jest teoria, a czym innym wprowadzenie jej w życie. 32 poziomy, które przygotowali dla graczy twórcy cechują się rosnącym poziomem trudności i niewielką tolerancją na błędy. Roboty są szybkie, ilość elektrobomb ograniczona, a co gorsza brak możliwości szybkiego zapisu, co zmusza do powtarzania etapu od początku po każdej porażce. Tych jest na tyle dużo, że potrafią poważnie zirytować i odebrać chęć do dalszej rozgrywki. Zwłaszcza, że największym przeciwnikiem jest kłopotliwe sterowanie, gdyż  bomby rzucamy tym samym przyciskiem myszy, którym się przemieszczamy, co zmusza gracza do wysokiej precyzji. Ponadto problemy pojawiają się przy krańcach planszy, gdzie dokładne wycelowanie zostaje dodatkowo utrudnione. Drobna omyłka kończy się śmiercią, podobnie jak zbytnie zbliżenie się do zabójczych Cewek Tesli.

Dobre wrażenie robi oprawa graficzna. Podkreśla ona steampunkowy klimat, w którym utrzymana jest produkcja. Całość stylizowana jest na XIX wiek i jest to widoczne przykładowo w czcionce listów, które znajduje na swojej drodze Vincent. Przybliżają one graczom fabułę i poszerzają przedstawiony świat, ale ich odczytanie może stanowić miejscami dodatkowe wyzwanie. Warto tu wspomnieć o kolejnych elementach, które miały pogłębiać immersję, a jedynie zwiększają irytację graczy. Mowa o przelatujących nad głowami Vincenta chmurach i sterowcach, skutecznie zasłaniających graczowi pole widzenia. Skutkuje to wymuszeniem czekania, aż przeszkoda zniknie z ekranu, a w najgorszych sytuacjach prowadzi do kolejnej porażki.

Pozytywnie odebrałem też muzykę, która również pomaga w budowaniu klimatu. Szczególnie charakterystycznie zapamiętałem wyrazisty motyw przewodni witający gracza w menu głównym. Natomiast przeraźliwy krzyk Vincenta, który słyszymy w chwili jego śmierci uważam za wyjątkowo irytujący i zasługujący na wyciszenie. Zwłaszcza, iż jest to odgłos zdecydowanie zbyt częsty.

Steamburg zdecydowanie nie jest grą dla każdego. Nie trafi do tych, którzy oczekują od rozgrywki czystego relaksu i odprężenia się. Wysoki poziom trudności sprawia, że może spodobać się graczom, którzy podchodzą do produkcji, aby zmierzyć się ze stawianymi przez nią wyzwaniami. Jednakże kilka niesprawdzonych pomysłów i kłopotliwe sterowanie skutecznie obniżają ostateczną ocenę także w ich oczach.

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy