Reklama

Sonic Frontiers - recenzja - rewolucja w świecie niebieskiego jeża

​Niebieski jeż wkroczył do otwartego świata. Sonic Frontiers to prawdziwa rewolucja w historii serii.

Sonic jak zwykle staje przed zadaniem uratowania swoich przyjaciół. Tym razem trafia jednak do otwartego świata. A konkretnie na wyspy Starfall, gdzie czekają na niego zupełnie nowe lokacje oraz istoty, z którymi jeszcze nie miał do czynienia. Sonic Frontiers opowiada historię dosyć interesującą, ale wyłącznie biorąc pod uwagę standardy obowiązujące w gatunku platformówek. Wyjąwszy ją z tego kontekstu, należy napisać uczciwie, że to prosta historyjka, a do tego miejscami zbytnio przeciągnięta.

Sonic Frontiers zaprasza nas na archipelag składający się z pięciu wysp, które przechodzimy w sposób uzależniony od fabuły, ale na każdej z nich możemy swobodnie hasać. Jeśli obawialiście się przeniesienia przygód Sonica do otwartego świata, od razu was uspokoję - zabieg zakończył się powodzeniem. Być może dlatego, że twórcy nie skoczyli na głęboką wodę i zamiast otwartego świata per se zaoferowali coś w rodzaju pięciu sandboksowych stref.

Reklama

Lokacje ładnie zaprojektowano i po brzegi wypełniono atrakcjami oraz wyzwaniami. Na każdym kroku znajdujemy jakąś rampę, trampolinę, znajdźkę czy przeciwników do pokonania, w tym bossów. Zdarzają się nawet łamigłówki do rozwiązania, chociaż tak proste, że poradzi sobie z nimi pięciolatek. Autorzy, zamiast cisnąć nam rękawicę, zaprosili do przedszkolnej zabawy.

Swoboda swobodą, ale gra ma też swój schemat, zgodnie z którym musimy postępować, chcąc pchać fabułę naprzód. Pokonując wrogów, zbieramy zębatki potrzebne do uruchamiania portali do Cyberprzestrzeni (w której rozgrywka przypomina to, co znamy z klasycznych odsłon Sonica). W tej z kolei zbieramy klucze, dzięki którym dostajemy się do skarbców ze Szmaragdami Chaosu. Te ostatnie pomagają nam w potyczce z Tytanem. Spokojnie, podczas gry szybko wszystko załapiecie.

Jest jeszcze minigra z wędkowaniem. Wbrew pozorom nie jest to typowy wypychacz, ale sposób na zdobycie całkiem cennych przedmiotów, takich jak owoce poprawiające siłę i zdrowie, zwoje szybkiej podróży czy klucze do skarbców. To także okazja do tego, by odsapnąć chwilę po ciągłym bieganiu, skakaniu i...

... walce! W Sonic Frontiers jeż zyskał sporo nowych ruchów, których używa w starciach z przeciwnikami. Warto je opanować, bo w potyczkach nie liczy się, kto szybciej wciśnie więcej losowych przycisków, tylko dobór odpowiedniej taktyki. Do każdego wroga musimy podejść nieco inaczej. Tyczy się to w szczególności bossów, ale nie tylko.

Zaskakującą (przynajmniej dla mnie) nowością w Sonic Frontiers jest drzewko umiejętności. Okazało się jednak, że to strzał w dziesiątkę. Autorzy dobrze je przemyśleli i zapewnili tym samym sporo satysfakcji, związanej z odblokowywaniem kolejnych rodzajów ciosów. Szkoda tylko, że tak szybko zdobywamy niemal wszystko, co jest do zdobycia.

Sonic Frontiers oferuje więc ciekawą historię, pełen atrakcji świat oraz sensowną rozgrywkę. I chciałbym na tym zakończyć tę recenzję. Niestety muszę napisać też parę cierpkich słów. Po pewnym czasie schematy, które wykorzystano w rozgrywce, zaczynają nudzić, świat gry - choć ładny i pełen atrakcji - jest pozbawiony życia, a grafika nie prezentuje się zbyt okazale (zasięg widoczności przypomina epokę PlayStation 3).

Ale najgorsze są chyba błędy. W wielu miejscach na wierzch wychodzi brak dopracowania. A to w sterowaniu coś zgrzytnie, a to zginiemy bez przyczyny (a przynajmniej bez jej świadomości), a to nagła zmiana kamery spowoduje, że spadniemy w przepaść, a to gra cofnie nas daleko po porażce, a to jeż się gdzieś zablokuje... Często nie są to duże problemy, ale nagromadzenie tych małych wywołuje irytację.

Sonic Frontiers to całkiem udana gra, która zadowoli większość fanów niebieskiego jeża. Szkoda, że twórcy nie poświęcili więcej uwagi fabule, urozmaiceniu rozgrywki (przynajmniej na tych dalszych etapach, na których wkrada się monotonia), ożywieniu otwartego świata oraz dopracowaniu szczegółów. Z tymi wszystkimi przywarami trudno mówić o przeboju na miarę tej kultowej serii. A na taki przecież wszyscy liczyliśmy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy