Reklama

​Return to Monkey Island - recenzja. Wielki powrót klasycznej przygodówki

Kiedy po raz pierwszy trafiłem na informację, że seria Monkey Island powraca, z miejsca poczułem przypływ nostalgii. Zachwyt perspektywą gry w nowe przygody Guybrusha Threepwooda trochę opadł, gdy pokazano pierwszy raz nowy styl graficzny gry, ale finalnie okazało się, że było to bardzo przyjemnie spędzone kilka godzin.

Przygodówki - rys historyczny

Młodszym czytelnikom na wstępie wyjaśnię, że dawno temu, tak mniej więcej w połowie lat 90, ogromną popularnością cieszył się gatunek tak zwanych przygodówek point’n’click. Gry te, oprócz z reguły całkiem wciągających historii, cechowały się mechaniką klikania po całym ekranie w poszukiwaniu tego jednego, jedynego przedmiotu, który pchnie fabułę do przodu... a gdy już go znaleźliśmy, często trzeba było go jeszcze połączyć z jakimś innym. 

Próbowało się więc łączyć wszystko ze wszystkim w nadziei, że w końcu wpadniemy na to jedno, dziwne rozwiązanie, które wymyślił sobie autor danej gry. Youtube wtedy oczywiście jeszcze nie istniał, nie było letsplay’ów i walktrough w takiej postaci, jaką znamy dzisiaj - zdesperowani najczęściej sięgali po "solucje", drukowane w prasie.

Reklama

Z czasem jednak gatunek klasycznych przygodówek w formie takiej, jaką opisałem powyżej, zaczął wymierać, a ostatnich kilka lat to praktycznie całkowity brak tego typu gier. Mamy oczywiście inne odmiany przygodówek, albo ich połączenie z innymi gatunkami, np. horrorami, jak nasze świetne, polskie Medium. Jednak Powrót na Małpią Wyspę to doznanie, jakiego mi od lat brakowało - choć nie obyło się bez pewnych niedociągnięć, a w niektórych aspektach widać, że mechaniki, które kiedyś z powodzeniem działały, dzisiaj już trochę odstają.

Ponad 30 lat Małpiej Wyspy

Seria Monkey Island ma ogromną i długą tradycję. Pierwsza część, The Secret of Monkey Island, powstała jeszcze w roku 1990, a od ostatniej, czyli Tales of Monkey Island, minęło aż 13 lat. Akcja gier toczy się w XVIII wieku na fikcyjnej wersji Wysp Karaibskich. Naszym bohaterem jest sympatyczny, ale dość nieporadny i chuderlawy pirat, Guybrush Threepwood, który w każdej części goni za tytułowym Sekretem Małpiej Wyspy i walczy o względy uroczej Elaine, w czym próbuje mu przeszkodzić demoniczny pirat LeChuck. 

Pomysłodawcą serii jest Ron Gilbert, który pierwotnie pracował dla LucasArts, ale w pewnym momencie ich drogi się rozeszły, a prawa do serii pozostały w macierzystej firmie, przy czym piątą grę z serii LucasArts stworzyło wspólnie ze słynnym studiem Telltale Games. Krąży legenda, według której pomysł na grę zrodził się w trakcie przejażdżki jednym z tuneli w Disneylandzie, a elementy fabuły i postaci zostały zaczerpnięte z książki Tima Powersa "On Strange Tides". 

Zmęczony życiem Guybrush Threepwood?

Dość już jednak tych opowieści starego gracza, przejdźmy do wrażeń z najnowszej, szóstej części serii. Ta znów została w całości stworzona przez Rona Gilberta, co widać już na pierwszy rzut oka, chociażby w oprawie graficznej. W Escape from Monkey Island oraz Tales of Monkey Island grafika była w całości trójwymiarowa, co zrywało z rysowanymi, dwuwymiarowymi elementami grafiki z pierwszych trzech części. Return to Monkey Island to powrót do grafiki 2D, oczywiście tym razem już w wysokiej rozdzielczości. 

W tym miejscu muszę wspomnieć o pierwszym, małym zgrzycie, przytoczonym już przeze mnie na wstępie. O ile warstwa wizualna gry jest bardzo ładna, o tyle sama postać głównego bohatera z dość przystojnego młodzieńca o gładkim licu zmieniła się w aparycję kogoś, kto chyba częściej spędza czas w tawernie nad kubkiem rumu, niż żeglując po Karaibach. 

W grze mamy do czynienia z dwiema wersjami Guybrusha - starszym, który jest narratorem i opowiada swoje przygody synowi, i młodszym, który te przygody przeżywa. O ile nowy styl postaci pasuje do Guybrusha - narratora, o tyle ciężko było mi się przyzwyczaić do tego jak wygląda młody Threepwood. Właściwie to mam problem z większością postaci, ta nowa kreska jakoś do mnie nie przemawia. Szkoda również, że w ustawieniach graficznych zabrakło zmiany rozdzielczości. Szczególnie rzuca się to w oczy w menu, gdzie mimo wysokiej rozdzielczości grafik, ma się wrażenie, że wszystko jest jakieś strasznie wielkie jak na dzisiejsze czasy.

Pomijając ten detal, powrót do grafiki 2D okazał się być moim zdaniem strzałem w dziesiątkę - podobnie jak klasyczne sterowanie i interfejs, wzorowany na systemie SCUMMVM, używanym w pierwszych częściach. Znowu przeczesujemy kursorem ekran w poszukiwaniu czegoś interaktywnego, a potem kombinujemy z czym to połączyć by zadziałało. Jak już wspomniałem, ogromnie mi tej mechaniki brakowało, choć rozumiem, że w czasach konsol ciężko stosować ją regularnie w grach.

Nostalgia factor level 9000

Return to Monkey Island nawet nie próbuje ukrywać, że jest przede wszystkim oczkiem puszczonym w kierunku starych fanów serii. Od samego początku wita nas mnóstwo nawiązań - lokacje, muzyka, postaci, dialogi, itp. Oczywiście młodsi gracze, którzy nigdy nie mieli wcześniej do czynienia z serią, również powinni spędzić przy grze kilka miłych godzin, a do dobrej zabawy wystarczy nawet pobieżna znajomość tego co działo się wcześniej, zdobyta w wikipedii - ale żeby docenić grę w pełni, polecam zagrać przynajmniej w dwie pierwsze, najbardziej klasyczne gry.

Nie będę jednak udawał, że absolutnie wszystko w tej części mi zagrało. Najbardziej dotkliwy i irytujący okazał się... brak szybkiej podróży. Najwyraźniej współczesne gry odcisnęły już na mnie swoje piętno, a z wygody ciężko się rezygnuje. Return to Monkey Island to spore ilości backtrackingu, więc kiedy po raz piąty musisz pokonać tę samą trasę tam i z powrotem, a do tego przejść przez cztery lokacje na wyspie, żeby dostać się na sam jej koniec, tempo przygody spada i masz ochotę zająć się czymś innym - a takie sytuacje są częste, bo próba zdobycia jednego przedmiotu wywołuje konieczność znalezienia jakiegoś innego i tak w kółko. Całą grę da się przejść w niecałe 10 godzin, więc jest to dość krótki czas, ale znajdziemy tu kilka różnych zakończeń, więc przy kolejnych podejściach brak szybkiej podróży też będzie się dawał we znaki.

Twórcy wpadli jednak też na kilka rewelacyjnych rozwiązań - jak na przykład system podpowiedzi. Zapewne zdają sobie sprawę, że nie wszyscy będą dziś mieli cierpliwość do klikania "wszystkim na wszystkim", dlatego na każdym etapie przygody możemy skorzystać z sugestii, których dostarcza nam ukryta w ekwipunku książka. Podpowiedzi mają różny poziom szczegółowości i czasem do pójścia naprzód wystarczy nam jedna, a czasem będziemy musieli je zgłębić do samego końca - wtedy otrzymamy już informację podaną tak bardzo wprost, jak to tylko możliwe. 

Doskonały pomysł, który świetnie zastępuje grę z solucją z gazety na kolanach. Podobną rolę pełni też tryb casual, który sprawia, że gra przechodzi się praktycznie sama - służy on głównie do łatwego poznawania fabuły. Osobiście jednak nie jestem fanem takich rozwiązań i dużo bardziej podobają mi się standardowe zagadki z podpowiedziami.

Podróż, którą naprawdę warto odbyć

Zdaje sobie doskonale sprawę, że moje podejście nie będzie obiektywne, bo patrzę na Return to Monkey Island przez pryzmat nostalgii, ale recenzje w założeniach nie są obiektywne więc - z całą odpowiedzialnością mówię: zagrajcie. Starsi gracze znów poczują to co kiedyś, młodsi - poznają serię, na której wychowały się całe pokolenia. Nie jest to tanie żerowanie na sentymencie, jak to często bywa z sequelami gier czy filmów, a kawał porządnej gry. Chciałbym też móc wierzyć w to, że RtMI nie jest ostatnim słowem Rona Gilberta, i że kiedyś jeszcze wcielimy się znowu w sympatycznego pirata.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy