Reklama

Martha is Dead - recenzja - gra tak szokująca, że wymagała autocenzury

​Martha is Dead - gra tak brutalna i szokująca, że twórcy musieli dokonać autocenzury, by wydać ją na PlayStation. Czy rzeczywiście był ku temu powód? A może była to niekonwencjonalna forma autoreklamy? Sprawdzamy!

Za Martha is Dead odpowiada włoskie studio LKA, które do tej pory dało się poznać tylko za sprawą The Town of Light, pierwszoosobowej gry przygodowej w konwencji psychologicznego thrillera. Poprzednia produkcja nie zachwyciła, ale przyciągnęła do siebie miłośników historii pełnych przemocy. Nie przemocy w takim powszechnym rozumieniu. Nie chodziło o strzelanie z pistoletu w głowę czy odcinanie kończyn maczetą. Główną bohaterką opowiedzianej historii była szesnastoletnia, chorująca na schizofrenię Renee. Wraz z nią trafialiśmy do przytułku dla obłąkanych w miejscowości Volterra, by zmierzyć się z jej przeszłością i wyzierającymi z niej lękami. Wizyta w końcu zamieniała się w istny koszmar, raczej nieprzeznaczony dla osób o słabszych nerwach.

Reklama

Z Martha is Dead jest podobnie. Nie dajcie się zwieść otoczce. W grze przenosimy się w końcu do słonecznej Toskanii. Jednak w tym sielankowych okolicznościach przyrody rozegra się kolejny koszmar z prawdziwego zdarzenia. Jego bohaterką jest Giulia, dziewczyna, która pewnego dnia odnajduje w pobliżu jeziora zwłoki głuchoniemej siostry bliźniaczki - Marthy. Jednak ponieważ to Martha od zawsze cieszyła się lepszą opinią u rodziców, Giulia nie przyznaje się, że jest Giulią. W tragicznej chwili nad jeziorem wchodzi w buty Marthy. I milknie na dobre. Czy kiedyś puści parę z ust?

Przygoda rozgrywa się w pięknej, słonecznej części Włoch, w maleńkiej wiosce, ale nie sposób zapomnieć, że jest właśnie 1944 rok i trwa druga wojna światowa. Jednak krwawy konflikt stanowi głównie tło dla wątku głównego. Co jakiś czas słuchamy wiadomości o trwających bombardowaniach czy dowiadujemy się co nieco o ojcu protagonistki, generale w nazistowskiej armii, ale główne akcenty położono gdzie indziej. Gra koncentruje się na odkrywaniu przez Giulię tajemnic swojej rodziny oraz poszukiwaniu zabójcy Marthy. W tym wszystkim przewijają się też elementy oniryczne i paranormalne, w tym historia o Białej Damie, którą niegdyś opowiadała Giulii niania. Jest też hobby głównej bohaterki, które wielokrotnie okazuje się niezwykle praktyczne i przydatne - fotografia.

Martha is Dead to - podobnie jak The Town of Light - pierwszoosobowa przygodówka. Początkowo wydaje się, że to bardziej thriller niż horror. Przechadzamy się, słuchamy komentarzy Giulii, podziwiamy krajobraz, robimy zdjęcia... Jednak to tylko pozory. LKA w dalszych fragmentach gry pokazało piekło w tak dosłowny sposób, że zniechęcenie, odraza i niesmak stają się wręcz nie do powstrzymania. Nie chcę się zbytnio rozpisywać o gorszących scenach, ale wiedzcie jedno - jeśli macie mniej niż osiemnaście lat, słabe nerwy, problemy na tle psychiatrycznym lub dopiero co jedliście, lepiej odpuśćcie. Wrażliwe osoby podskoczą też nieraz w fotelu, gdy zorientują się, jak dobrze twórcy tej gry radzą sobie z jump scare'ami.

Martha is Dead może wyglądać na typowy symulator chodzenia, ale to tylko pozory. Gra czasem zmusza nas do kombinowania, uczy robienia zdjęć przedpotopowym aparatem fotograficznym, a następnie wywoływania ich (to całkiem istotny element gameplayu), pozwala wcielić się w telegrafistkę... Tym niemniej najważniejsza jest sama historia, skrywająca wiele tajemnic, spośród których część udaje nam się zgłębić. Część, bo niektóre wątki twórcy pozostawiają do naszej swobodnej interpretacji. I dobrze. Chyba nikt nie lubi tajemniczych historii, w których koniec końców wszystko dostajemy podane na tacy, prawda?

LKA od początku wiedziało, co chce stworzyć, i wykazało się przy tym zaangażowaniem, umiejętnościami i kreatywnością. Martha is Dead to dzieło niskobudżetowe, co czasem widać, ale gdzieniegdzie twórcy sprytnie to zatuszowali. Nietrudno się domyślić, że niezbyt dobrze wychodzi im animowanie postaci, dlatego pokazują je tak, abyśmy nie widzieli za często ich twarzy. A jednocześnie nie mamy wrażenia całkowitego osamotnienia w domu, w którym mieszkają przecież rodzice głównej bohaterki.

Jednak tu i tam są widoczne techniczne niedoróbki. Nie do końca sprawdza się także tłumaczenie na język polski - rażą w nim nie tyle literówki, co błędy utrudniające na przykład rozwiązanie łamigłówki. Przy okazji polecam wam natomiast wypróbowanie rozgrywki z oryginalnym, włoskim voice actingiem. Ten prosty zabieg dodaje grze oryginalności i ułatwia immersję.

Martha is Dead to całkiem udany horror, który przypadnie do gustu miłośnikom gatunku lubiącym niekonwencjonalne podejście do sprawy. Jeśli jednak ktoś lubi tradycyjne elementy gore i jump scare'y, także nie powinien być zawiedziony. Ostatecznie to naprawdę zgrabnie napisana historia, która po zakończeniu  (do którego powinniście dobrnąć w jakieś siedem godzin) pozostawia gracza z odpowiednio dobraną dawką niedopowiedzeń.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy