Reklama

Evil West - recenzja - fantastyczny Dziki Zachód z piekła rodem

​Evil West to soczysta hybryda strzelanki ze slasherem, ale podejrzewam, że wielu graczy nie zobaczy w niej napisów końcowych.

Flying Wild Hog do tej pory dało się poznać za sprawą Hard Reset, Trek to Yomi oraz - przede wszystkim - serii Shadow Warrior. Evil West to próba wykorzystania nabytych dotychczas umiejętności w zupełnie nowym środowisku. W nowym dziele rodzimego dewelopera trup znów ściele się gęsto, a nasze palce aż grzeją się od ciągłego naciskania przycisku odpowiedzialnego za atak. Tym razem nie odwiedzamy Japonii (jak w Shadow Warrior, ale i Trek to Yomi), tylko szaloną wersję Dzikiego Zachodu. Taką, w której po ziemi stąpają wampiry, a po niebie przesuwają się ogromne sterowce.

Reklama

W Evil West wcielamy się w Jessego Rentiera, członka Instytutu Rentiera (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa; organizację założył ojciec głównego bohatera), specjalizującego się w eksterminacji stworów różnej maści. Chcąc ocalić Amerykę, protagonista stawia czoło maszkarom z wampirami na czele. Niedługo po rozpoczęciu przygody przyłącza się do niego Felicity, dosyć upiornie wyglądająca dziewczynka. Fabuła w Evil West nie ma może wielkiego znaczenia, ale jest obecna, regularnie daje o sobie znać i potrafi zainteresować.

Jeszcze bardziej godny pochwały jest świat gry, klimat oraz kreacje postaci (w tym naszych przeciwników). Autorzy bardzo umiejętnie wymieszali horror klasy B ze spaghetti westernem i elementami fantastyki. Aż chciałoby się, aby to, co oglądamy w Evil West, rozwinęło się w pełnoprawny uniwersum, wychodzące także poza (nomen omen) świat gier wideo.

Wiele osób kupi Evil West nie dla fabuły czy świata, tylko dla dania głównego, którym jest bez wątpienia walka. Flying Wild Hog odeszło od znanej z Shadow Warrior perspektywy pierwszoosobowej i przeniosło kamerę za plecy głównego bohatera. Dzięki temu doskonale widzimy, jak Jesse rozkłada na łopatki kolejne chmary potworów.

Starcia są nie tylko widowiskowe, ale też zwyczajnie przyjemne. Evil West to strzelanka z elementami slashera, w której każdy strzał czy cios czuć pod palcami (czy to na myszy, czy na padzie). Sterowanie jest responsywne, a mnogość dostępnych ruchów i obszerny arsenał stwarzają szerokie pole do popisu. Szybko przekonujemy się, że broń palna wprawdzie często się przydaje, ale naszym największym przyjacielem są  specjalne, potężne rękawice.

Evil West zachęca do dalszej zabawy także systemem rozwoju. Grę zaczynamy ze skromnym wyposażeniem i niewielką liczbą umiejętności, ale z czasem - poza coraz ciekawszym lootem - zbieramy pieniądze oraz punkty doświadczenia. Pierwsze pozwalają ulepszać posiadaną broń, a dzięki drugim awansujemy na kolejne poziomy i odblokowujemy tzw. zalety, czyli umiejętności związane ze wspomnianymi wcześniej rękawicami.

Mechanika walki oraz system rozwoju są zaskakująco złożone (ale przy tym dość intuicyjne). Szkoda, że nie można tego powiedzieć o strukturze poziomów. To bodaj największa wada Evil West. Każda plansza to długi korytarz poprzecinany hermetycznymi obszarami, na których toczymy starcia z wrogiem.

Autorzy nie stworzyli żadnych większych odnóg. Nie pozwolili chadzać w bok i zwiedzać (a chciałoby się wniknąć nieco głębiej w świat gry). Przeciwnie, zastosowali pokaźną liczbę niewidzialnych ścian i zablokowali możliwość wskakiwania na obiekty, przechodzenia nad nimi etc. Oczywiście nie licząc miejsc, w których skrypt nam na to pozwala.

Evil West wygląda ładnie, ale pod warunkiem, że pozostajemy w ciągłym ruchu i skupiamy się na eksterminacji przeciwników. Gdy tylko zatrzymamy się na chwilę, aby się rozejrzeć, w oczy zaczyna kłuć poziom techniczny rodem z poprzedniej generacji. Albo wręcz z tej jeszcze wcześniejszej. Słabej jakości tekstury, niedopracowane szczegóły albo ich brak tam, gdzie przydałoby się ich więcej, towarzyszą nam niemal na każdym kroku. Tylko - na szczęście - nie zawsze to widzimy.

Mogę przymknąć oko na błędy, które przytrafiły mi się podczas testów, bo wierzę, że po premierze twórcy je naprawią, ale trudno mi pozostać obojętnym wobec archaicznej szaty wizualnej. Na pocieszenie pozostaje fakt, że gra dzięki niej (i dzięki bardzo przyzwoitej optymalizacji) jest grywalna nawet na starszych pecetach.

Evil West to bardzo przyzwoita produkcja, która potrafi dać sporo przyjemności i satysfakcji, ale jeśli idzie o grafikę i konstrukcję plansz, mamy tu do czynienia z grą z poprzedniej epoki. Jeśli wam to nie przeszkadza, a macie ochotę na krwawą i wartką akcję w bardzo dobrze wykreowanym świecie, mieszającym elementy Dzikiego Zachodu, horroru i fantastyki - śmiało!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy