Reklama

Back 4 Blood - zbiorowa likwidacja zombie w mistrzowskim stylu

​Już dawno nie bawiłem się tak dobrze w kooperacji. Back 4 Blood pokazuje, że popularność Left 4 Dead nie była dziełem przypadku.

Gracze, którzy tęsknili za Left 4 Dead, poczuli się zapewne jak zombie na widok gromadki bezbronnych nieszczęśników, gdy Turtle Rock Studios zapowiedziało Back 4 Blood. Ci sami ludzie, ta sama tematyka, ten sam gatunek... To musiało wypalić. I wypaliło!

Back 4 Blood opiera się na tych samych filarach, co Left 4 Dead. Ot, czterech śmiałków wyrusza przez morze zombie, starając się przetrwać i dotrzeć do celu. Po drodze odnajdują dziesiątki giwer, szukają amunicji i apteczek, a gdy któreś z nich znajdzie się w potrzebie, pozostali członkowie drużyny spieszą z pomocą. Jednak twórcy dodali do tego szereg oryginalnych i naprawdę udanych pomysłów.

Reklama

Świetnie działa reżyser gry, dzięki któremu każda rozgrywka jest inna. Za każdym razem przeciwnicy spawnują się w innych miejscach, a zmieniają się przedmioty do zebrania, przez co nie możemy nauczyć się żadnej planszy na pamięć. Ponadto przed każdą sesją sztuczna inteligencja losuje karty odpowiedzialne za określone modyfikacje, takie jak specjalny rodzaj zarażonych czy mgłę spowijającą całą okolicę i ograniczająca widoczność. Są też dodatkowe wyzwania - jeśli wykonamy je w odpowiednim czasie, otrzymamy nagrody. Reżyser dba o to, aby nigdy nie było zbyt łatwo (oj, nigdy nie jest), ale przede wszystkim dba o to, aby nigdy nie było zbyt nudno.

System kart w Back 4 Blood jest bardziej rozbudowany. Gracze także mogą wybrać przed każdą rozgrywką jedną z kart dających pewne korzyści. Jednak najważniejsza jest talia, którą składamy z kart zdobytych podczas zabawy. Jednocześnie możemy korzystać z piętnastu. To dużo, a w połączeniu z różnorodnością modyfikatorów otrzymujemy całe mnóstwo kombinacji, które można testować bez końca.

Co dają nam karty? Przeróżne rzeczy - od przyspieszenia przeładowania, poprzez zwiększenie pojemności magazynka aż po dodatkowe punkty zdrowia. Stworzenie builda idealnego (o ile taki w ogóle istnieje) może wam zająć wiele tygodni. Tym bardziej, że z czasem odblokowujemy coraz ciekawsze karty. A do tego dochodzi jeszcze osiem postaci - cztery dostępne od razu, cztery do odblokowania - z których każda dysponuje unikalnymi cechami. Back 4 Blood bardzo długo wam się nie znudzi.

W grze czeka na nas kampania fabularna (w której fabuła gra raczej marginalną rolę) podzielona na cztery akty. W każdym z nich jest do przejścia szereg poziomów składających się w serie. Jeśli przegramy podczas którejś z nich, musimy zaczynać od nowa. Tak że motywacja do tego, by przetrwać do samego końca, jest duża.

Ale i bez tego emocji by nie brakowało. Starcia z zombie to istna krynica adrenaliny. Gdy na ekranie pojawia się horda, mięśnie momentalnie się napinają. Walka ramię w ramię z naszymi kompanami nakręca do tego stopnia, że po dwóch-trzech planszach masz ochotę chwilę odsapnąć. Czy przedzieracie się wspólnie przez las, czy eksplorujecie miasteczko, czy bronicie się przed zombiakami w kościele, zabijając okna deskami - wrażenia są znakomite. Jest to także zasługa doskonałego feelingu strzelania. Po którą broń bym nie sięgnął, czułem satysfakcję z każdego oddanego strzału.

Back 4 Blood to strzelanka kooperacyjna z dużym naciskiem na współpracę. Pomimo że grałem w nią z zupełnie obcymi osobami, nie mogłem narzekać na brak woli, by grać do jednej bramki i wspierać się, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Członkowie mojej drużyny podrzucali mi amunicję i apteczki, a gdy padłem na polu walki, biegli w moją stronę, by mnie ocucić. A ja oczywiście rewanżowałem się tym samym. Podczas wojny z umarlakami uwalnia się prawdziwy drużynowy duch.

Spodobała mi się także konstrukcja map. Te są naprawdę różnorodne, ale najważniejsze jest to, jak wiele atrakcji zawarli na nich projektanci. Nie brakuje otwartych przestrzeni, na których zostajemy w mgnieniu oka osaczeni, kameralnych budyneczków, w których można się na chwilę skryć (albo zdziwić, gdy wypadnie na nas znienacka zombie), ani fragmentów, na których musimy trochę pobiegać i poskakać.

Plansze są też bardzo ładne. W ogóle Back 4 Blood cieszy oko. Gdziekolwiek spojrzeć, widać, że twórcy starali się, by gra wyglądała nowocześnie. Jednak najbardziej ucieszyła mnie optymalizacja, która w każdej sieciowej strzelance jest przecież sprawą kluczową. Produkcja Turtle Rock Studios na PlayStation 5 działa w stabilnych 60 klatkach na sekundę. Chyba ani razu nie doświadczyłem choćby pojedynczego szarpnięcia.

Back 4 Blood to kooperacyjna strzelanka zrealizowana wprost po mistrzowsku. Świetnie się przy niej bawiłem, choć zdaję sobie sprawę, że miałem szczęście do kompanów. Jeśli trafiłbym gorzej, pewnie częściej narzekałbym zamiast się cieszyć (jeżeli nastawiacie się na rozgrywkę solową, odejmijcie od końcowej oceny przynajmniej jeden punkt). Dlatego jeśli tylko możecie, grajcie w Back 4 Blood w sprawdzonym składzie. Wtedy będziecie mieć gwarancję niesamowitych wrażeń. Ale i bez tego powinniście zgodzić się ze mną, że Back 4 Blood to udany duchowy następca Left 4 Dead.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje