Alien: Blackout - recenzja

Alien: Blackout /materiały prasowe

​Gdy na przełomie roku pojawiły się pogłoski o nowej grze z Obcym, mieliśmy nadzieję, że mowa o sequelu Alien: Isolation. Niestety, okazało się, że chodzi tylko o produkcję na smartfony i tablety. No właśnie, ale czy na pewno "niestety" i czy na pewno "tylko"?

Uniwersum stworzone m.in. przez Ridleya Scotta (reżysera "Ósmego pasażera Nostromo") oraz H.R. Gigera (rysownika, ojca postaci Ksenomorfa) zasługuje na świetne gry. Co najmniej tak dobre, jak Alien: Isolation, którego w naszej redakcji uważa się za jeden z najbardziej niedocenionych tytułów ostatnich lat. Liczyliśmy, że już wkrótce będzie nam dane zagrać w kolejną skradankę/strzelankę, w której będziemy bronić się przed jednym z najstraszniejszych potworów, jakie kiedykolwiek zrodziły się w ludzkich głowach. Nie spodziewaliśmy się, że tą grą okaże się mobilna Alien: Blackout.

Reklama

Przed jej premierą najbardziej obawialiśmy się chyba tego, że będzie to kolejna produkcja mobilna działająca w modelu free-to-play, czyli - inaczej rzecz ujmując - "płać regularnie albo czekaj długo". Na szczęście obawy te nie znalazły odbicia w rzeczywistości. Alien: Blackout to pełnoprawna gra mobilna, pozbawiona reklam i mikrotransakcji, za którą płacicie raz (aktualnie, w wersji na Androida, nieco ponad 20 złotych) i przechodzicie od początku do końca bez wyciągania karty kredytowej. To już coś.

W Alien: Blackout wcielamy się w Amandę Ripley, czyli postać znaną z Alien: Isolation. To córka Ellen Ripley, czyli głównej bohaterki serii filmów o Obcym (tak, tej granej przez Sigourney Weaver), która tym razem utknęła na stacji badawczej Mendla. Historia rozpoczyna się w momencie, w którym protagonistka nadaje sygnał ratunkowy, sprowadzając na pokład ekipę wybawców. Ci początkowo myślą, że chodzi tylko o przeprowadzenie niezbędnych napraw, ale już wkrótce dowiadują się, że muszą walczyć o życie, chroniąc się i uciekając przed Ksenomorfem. Amanda w tym czasie zasiada w fotelu w centrum dowodzenia (gdzie wcale nie może czuć się bezpiecznie), podpowiadając załodze, co powinni zrobić. Jest jej (czytaj: nam) o tyle łatwiej, że posiada dostęp do kamer oraz możliwość zarządzania niektórymi systemami stacji (może na przykład zamykać i otwierać zdalnie drzwi).

W sumie twórcy przygotowali dla nas siedem etapów, na których naszym zadaniem jest przeprowadzenie ekipy ratunkowej we wskazane miejsce. Za każdym razem musimy to zrobić w ciągu ośmiu minut. Jeśli nie zdążymy w tym czasie, padnie zasilanie i biedakom pozostanie już tylko modlitwa. Oczywiście cały czas musimy pamiętać o tym, że gdzieś w pobliżu grasuje Ksenomorf, który może dopaść ekipę i... zrobić z nią to, co do niego należy. Nie jest więc łatwo. Teoretycznie rozgrywka nie powinna wystarczyć na więcej niż półtorej godziny, ale w praktyce - ze względu na dość wysoki poziom trudności (jeżeli załoga zginie, musicie zaczynać przechodzenie danego etapu od początku) - ukończenie Alien: Blackout może wam zająć nawet sporo ponad dwie godziny.

Gracz podczas zabawy nie ma zbyt wielu możliwości, co w przypadku gry desktopowej można by uznać za wadę, ale w kontekście produkcji mobilnej - wręcz przeciwnie - należy to potraktować jako zaletę. Amanda może wydawać ekipie proste polecenia, np. kazać im się pospieszyć czy schować. Ponadto warto wykorzystywać znajdujące się na pokładzie stacji śluzy, zwięszając w ten sposób szanse na przeżycie. O życie Amandy także nie możemy być spokojni. Ksenomorf co jakiś czas będzie próbował ją dopaść. Gdy tylko usłyszymy, że się do niej zbliża, musimy błyskawicznie zamknąć wejście do centrum dowodzenia (ogólnie musi pozostać otwarte, żeby nie powodować problemów z zasilaniem).

Alien: Blackout to bez wątpienia horror. Jeśli tylko odetniecie się od otoczenia, zakładając na głowę słuchawki, możecie być pewni, że gra bardzo szybko podniesie wam ciśnienie i poziom adrenaliny w organizmie. Podczas zabawy ani przez sekundę nie poczujecie się bezpieczni i spokojni - Ksenomorf w każdej chwili będzie mógł zaatakować Amandę albo ekipę. Wystarczy, że zobaczycie albo usłyszycie (to kolejny powód, dla którego warto grać w słuchawkach), że jest gdzieś w pobliżu, a momentalnie poczujecie napięcie. I o to właśnie chodzi w grze z Obcym! Alien: Blackout robi także doskonały użytek z udźwiękowienia, na które składa się muzyka inspirowana filmami, wzorowo nagrane dialogi czy doskonale znane i budzące grozę odgłosy Ksenomorfa.

Alien: Blackout nie jest grą, na którą czekaliśmy, ale to nie znaczy, że jesteśmy zawiedzeni. Owszem, o wiele chętniej gralibyśmy teraz w Alien: Isolation 2 niż w produkcję mobilną, ale i przy tej bawiliśmy się przednio. Wręcz nadspodziewanie dobrze. I baliśmy się chyba nie mniej niż podczas poprzednich przygód Amandy Ripley.

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama