Właściciel studia Rockstar: Gdyby gry wywoływały przemoc, to bym ich nie sprzedawał

​Nie milkną echa niedawnych zamachów w Stanach Zjednoczonych. W masakrze w supermarkecie w El Paso zginęło 20 osób. Niecałe 24 godziny później w Dayton w stanie Ohio doszło do kolejnej strzelaniny, w której zginęło 9 osób, a 27 kolejnych zostało rannych. Obwinione zostały gry wideo.

Kevin McCarthy oraz Dan Patrick, dwójka Republikanów z - odpowiednio - Kalifornii i Teksasu przyznała podczas wystąpienia w telewizji Fox News, że wśród potencjalnych przyczyn stojących za kolejnymi masakrami wymienić można nie tylko gry wideo, ale także... brak modlitwy w szkołach.

Sam prezydent Donald Trump przyznał podczas oficjalnego wystąpienia, że jednym z czynników stojących za przemocą mogą być brutalne gry wideo. Jak można się domyślać, branża wirtualnej rozrywki zdecydowanie odrzuciła takie insynuacje i sugeruje, że być może lepiej zająć się bronią.

Reklama

Głos zabrał teraz Strauss Zelnick, dyrektor generalny firmy wydawniczej Take-Two Interactive. Do tej korporacji należy między innymi studio Rockstar, czyli twórcy serii Grand Theft Auto, która już od wielu lat prezentowana jest przez część osób jako jedno z największych niebezpieczeństw na świecie.

Menedżer pojawił się w stacji telewizyjnej CNBC, gdzie prowadzący - Jim Cramer - zapytał go o rzekome związki między grami wideo prowadzącymi do zwiększenia agresji u gracza oraz - ewentualnie - przemocy, co proponują właśnie niektórzy politycy w Stanach Zjednoczonych.

Następnie Cramer zapytał, czy Zelnick przestałby sprzedawać gry wideo, gdyby te faktycznie powodowały przemoc. Ten potwierdził: "Tak samo, jak nie sprzedawałbym substancji, które powodują choroby" - dodał Zelnick.

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama