Kaer Morhen Forge - tak brzmi pełna nazwa kuźni - do każdego wykutego egzemplarza dołącza certyfikat autentyczności i zapewnia najwyższą jakość: wielogatunkową stal, tradycyjne, średniowieczne techniki, hartowanie, szlifowanie, artystyczne grawerowanie i perfekcyjne wyważenie.
Certyfikat autentyczności jest potrzebny, ponieważ większość produktów powstaje na licencji studia CD Projekt RED, które odpowiada oczywiście za trylogię gier o przygodach wiedźmina Geralta. Artur Wysocki z Kaer Morhen Forge tworzy swoje dzieła na podstawie projektów z tych tytułów, ale nie tylko. Na początku 2019 roku został także zaangażowany przez Netflix, by wspomóc prace nad serialem "Wiedźmin", który okazał się być ogromnym hitem i jedną z najchętniej oglądanych serii na tej platformie, a ta może przecież pochwalić się tysiącami przeróżnych pozycji z całego świata.
Wysocki głownie wykuwa ze stali sprężynowej 50 HF, hartowanej i odpuszczanej (rozgrzewanej w celu wzmocnienia) do twardości 50 lub 55 HRC. Kowal zapewnia, że przekłada się to na dużą wszechstronność: zarówno do treningu, jak i ostrzenia. Waga gotowego produktu to około 1,2-1,8 kg. Miecze opuszczające garażową kuźnię kosztują od 400 euro za najbardziej podstawowy, do 900 za model "mistrzowski". Do tego - jak przy kupowaniu samochodu - dochodzi sporo opcji dodatkowych, takich jak skórzane pochwy czy grawerowanie run. Tyle pieniędzy, by powiesić klingę na ścianie? Nic z tego.
Ludzie często pytają, czy te miecze są użytkowe. Odpowiadam, że tak, bo przykładam wielką wagę do praktyczności. Tną i można nimi walczyć, gdy zdarzy się apokalipsa zombie.
W walce z innym człowiekiem, także wyposażonym w miecz, byłoby już nieco trudniej. Ostrza z powieści Sapkowskiego rządzą się bowiem prawami światów fantasy, a te często premiują wygląd, nie praktykę użytkowania. Stąd wziął się znany z gier fantazyjny jelec, przypominający ukośne widły.
Zamówień jednak nie brakuje. Klienci dzwonią i piszą z całego świata. Głównie z USA, ale także z Australii i Rosji. Niestety, obowiązkowy Wysocki większość próśb odrzuca, a rocznie powstaje tylko około ośmiu sztuk. Sami kupujący także często się rozmyślają, gdy widzą termin: za 6 miesięcy.
Jestem zawodowym oficerem Wojska Polskiego i nie prowadzę firmy ani regularnego sklepu. Zajmuję się miecznictwem w wolnym czasie, bo to lubię, więc termin realizacji zależy od mojej dyspozycyjności.
Wraz z angażem przez Netflix całość zapewne nieco się sformalizowała, lecz kowal przyznaje, że nie chce "zabijać magii" swojej kuźni, choćby przez stosowanie bardziej nowoczesnych technik czy sprzętu. Stąd tradycyjne palenisko i narzędzia, których kompletowanie zajęło długie lata. Są pewne wyjątki, jak automatyczna grawerka, zastępująca żmudne stukanie młotkiem w dłuto. Poza tym jest tradycyjnie.
Okazało się, że wszyscy moi przodkowie w linii męskiej, od XVII wieku byli związani z kowalstwem lub ze złotnictwem. Można powiedzieć, ze jestem genetycznie obciążony.
Jak można się domyślać, pasja wzięła się z lektury powieści Sapkowskiego.
Jako dzieciak zawsze chciałem mieć wiedźmiński miecz. Później pojawiła się gra. I ta stylistyka mnie kupiła. Bardzo szczególna pod wieloma względami. Mocno osadzona w historii, a przez to wiarygodna, a dodatek fantasy jest bardzo subtelny i wyważony.
Popularność serialu Netflixa wywołała ogromny wzrost sprzedaży książek i gier, ale zwróciła też uwagę na kowala.
Z mojego punktu widzenia to nie są jednak prawdziwi fani tematu. Raczej osoby zafascynowane serialem jako osobnym bytem. To już nie wiedźmiństwo, jakie znamy z czasów przedserialowych.
Planów na przyszłość nie brakuje. Te obejmują między innymi otwarcie kanału w serwisie YouTube oraz wykucie Sihilla, czyli legendarnego miecza z "Chrztu ognia".
Mierzył około czterdziestu cali, ważył zaś nie więcej niż trzydzieści pięć uncji. Pokryta na znacznej długości tajemniczymi znakami runicznymi klinga miała niebieskawe zabarwienie i była ostra jak brzytwa, przy odrobinie wprawy można by się nią ogolić.
(Interia / Pap life)









