Reklama

Polski język w grach znów dobrem luksusowym?

​Przypadkowy zbieg okoliczności, a może powrót do dawnych czasów.

Wiadomość o tym, że Resident Evil 8 nie doczeka się polskiej wersji językowej, wywołała oburzenie wśród graczy. Jednak warto zwrócić uwagę, że nie jest to sytuacja incydentalna. To w ostatnim czasie już któraś gra z kolei, którą spotkał podobny los. O ile brak lokalizacji nie jest dużą niespodzianką w przypadku niskobudżetowych produkcji, takich jak Disco Elysium, o tyle w kontekście przebojów od wiodących wydawców może wywołać zdziwienie. Kingdom Hearts 3, Final Fantasy VII Remake, Borderlands 3, Hitman 3, a teraz Resident Evil 8 - to tylko kilka spośród tytułów, które nie doczekały się bądź nie doczekają oficjalnego tłumaczenia na język polski (pecetowcy mogą liczyć na nieoficjalne).

Reklama

Niektóre serie - jak Final Fantasy czy Kingdom Hearts - od początku trafiają na nasz rynek w wersji angielskiej. Co innego Hitman czy właśnie Resident Evil. W ostatnie odsłony tych popularnych cykli graliśmy przecież po polsku. Gracze nie potrafią zrozumieć, co przyczyniło się do zmiany stanu rzeczy, i protestują. Powstała internetowa petycja, która ma nakłonić Capcom - wydawcę Resident Evil 8 - do zmiany decyzji.

Sytuacja jest o tyle kuriozalna, że po polsku zagramy m.in. w tak mało istotną dla polskiego rynku produkcję Capcomu, jak... Monster Hunter Rise na Nintendo Switch.

Trudno powiedzieć, czy powyższe decyzje należy uznać za jednostkowe, czy można je już traktować jako część wzrastającego trendu. Jeśli zagraniczni wydawcy będą w dalszym ciągu rezygnować z tłumaczeń na język polski, prawdopodobnie będzie to podyktowane niczym innym, jak względami ekonomicznymi. W końcu każda premiera ma przynieść jak największy zysk.

Niewykluczone, że niektóre działy marketingu doszły do wniosku, że tłumaczenie gier na język polski zwyczajnie się nie opłaca. Być może dlatego, że polscy gracze zbyt chętnie sięgają po pirackie kopie (czego absolutnie nie pochwalam) albo uciekają się do wszelkich dostępnych metod, by tylko kupić dany tytuł za jak najmniejszą kwotę (co już mnie absolutnie nie dziwi)? A może dlatego, że analizy wykazują, że Polacy lubią niektóre serie tak bardzo, że zapłacą za ich kolejne odsłony niezależnie od tego, w jakim języku się ukażą?

Tym bardziej, że dla naszych rodaków angielski jest o wiele bardziej powszechny niż dla większości narodów na świecie. W rankingu opracowanym przez szkołę językową EF Education First, dotyczącym znajomości języka Szekspira, Polacy zajmują bardzo wysokie, jedenaste miejsce. O wiele wyższe niż Francuzi (31.), Hiszpanie (35.), Włosi (36.).

Oczywiście daleki jestem od sugerowania, że we Francji, Hiszpanii czy Włoszech gry wideo ukazują się w wersjach zlokalizowanych dlatego, że mieszkańcy tych krajów słabiej niż Polacy radzą sobie z językiem angielskim. Nawet jeśli jest to powód, to prawdopodobnie jeden z kilku. Kolejnym - zapewne o wiele ważniejszym - jest to, że są to większe rynku zbytu. Tym samym - chcąc, nie chcąc - wracamy do kwestii pieniędzy. To tutaj zaczyna i kończy się cała historia związana z tłumaczeniami gier na język polski.

A czy ich brak to naprawdę tak duży problem? Wychowałem się w czasach, w których gra wydana w języku polskim stanowiła istny ewenement (dubbing w Baldur's Gate - ależ to było wydarzenie!). Nie narzekałem, bo byłem do tego przyzwyczajony. Takie były czasy. A teraz, cofając się we wspomnieniach o te dwadzieścia lat, cieszę się, że wydawcy nie rozpieszczali nas lokalizacjami. To w dużej mierze dzięki nim poznałem język angielski w stopniu na tyle dobrym, że nie muszę się dziś niepokoić tym, że Resident Evil 8 czy inna gra nie zostanie przetłumaczona.

Jednak muszę przyznać, że są takie gry, w których o lokalizację aż się prosi. Takie jak wspomniane przeze mnie wcześniej Disco Elysium. Żeby zrozumieć wszystkie występujące w nim niuanse, trzeba znać angielski nie gorzej niż rodowity Brytyjczyk czy Amerykanin. A nawet w takich seriach, jak w Resident Evil, występuje sporo tekstów, których nie trzeba czytać, ale warto się z nimi zapoznać, chcąc zgłębić poboczne wątki fabularne. A często trudno je wszystkie zrozumieć bez znajomości angielskiego w stopniu zaawansowanym.

Dlatego uważam, że w gruncie rzeczy warto starać się, by zagraniczni wydawcy o nas nie zapominali (m.in. kupując oryginalne gry czy wystosowując petycje). W końcu lepiej mieć wybór pomiędzy językiem polskim i angielskim niż być skazanym na ten drugi (na szczęście wciąż większość istotnych tytułów trafia na nasz rynek zlokalizowana). Niemniej nie demonizowałbym sytuacji związanej z brakiem tłumaczeń w niektórych grach. Zdecydowanie wolę patrzeć na nią jak na okazję do podszlifowania zdolności językowych.

Przekaż 1% na pomoc dzieciom - darmowy program TUTAJ

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje