Reklama

Quizeirro Sprawdź swoją wiedzę i zmierz się z innymi. Google Play

The Gunstringer

The Gunstringer, podobnie jak recenzowane niedawno przez nasza redakcję Rise of Nightmares, ma zapoczątkować pewne zmiany w postrzeganiu samego kontrolera ruchowego Kinect. Microsoft chce, aby nowe gry trafiły bowiem do hardcorowych graczy, a nie tylko na imprezy ze znajomymi. Czy się udało?

W przypadku tej drugiej produkcji nie ma wątpliwości. Gra jest słaba, choć założenie było zacne. Z kolei The Gunstringer mimo, że mniej "poważne" od Rise of Nightmares, daje dużo więcej frajdy i o to chodzi! Przede wszystkim gra zasługuje na uznanie z kilku powodów. W końcu ktoś bardzo dobrze przemyślał kwestie sterowania, a po drugie produkcja ta zdaje egzamin w przypadku, kiedy przed telewizorem zasiadamy samemu. Jednak po kolei.

Reklama

W The Gunstringer gracz przejmuje kontrolę nad szkieletem-marionetką, który wstaje z grobu i szuka zemsty na swoich dawnych przyjaciołach. Ci wykiwali go, strzelili w plecy i pogrzebali. Główny bohater, czyli Gunstringer, chce im pokazać, że w taki sposób nie można z nim zadzierać. Rusza przed siebie, aby wyrównać porachunki. Historia jest więc banalna, ale jednocześnie wszystkie poziomy składają się w dość logiczną całość, a przerywniki filmowe wciągają w akcję. To w zupełności powinno wystarczyć w tego typu produkcji.

Rewolwer w dłoń

Akcja gry pokazywana jest z perspektywy trzeciej osoby, zatem ważnym elementem jest dobrze przemyślane sterowanie w taki sposób, aby gracz mógł swobodnie i precyzyjnie kierować swoim bohaterem. Tutaj, jak już wspominałem na początku recenzji, twórcy celująco zdali egzamin. Prawa ręka służy bowiem do zaznaczania celów, maksymalnie sześciu na raz, oraz strzelania, co wykonuje się podnosząc rękę do góry. Można więc stwierdzić, że niemal identycznie jakbyśmy chcieli używać prawdziwej broni. Postać z kolei porusza się do przodu sama (tak jak w grach typu "na szynach" - Virtual Cop, czy House of the Dead), a gracz odpowiedzialny jest jedynie za strefowanie na boki oraz skakanie. To natomiast da się osiągnąć ruszając drugą ręką w lewą lub prawą stronę, a skakać można unosząc rękę w górę. Przy okazji warto nadmienić, że w przypadku tej gry Kinect naprawdę precyzyjnie rejestruje wszystkie ruchy. Nie ma więc problemu aby dobrze zaznaczyć przeciwników, czy w odpowiednim momencie wychylić się zza osłony i zacząć strzelać. Co ciekawe, grę można także przejść siedząc w fotelu, ponieważ nie jesteśmy tutaj zmuszani do skakania, czy biegania po całym pokoju jak w przypadku chociażby Kinect Adventures. To dla wielu graczy może okazać się sporym plusem.

Na deskach teatru

Jako, że w The Gunstringer gracz przejmuje kontrolę nad marionetką, to reszta gry także została utrzymana w pewnej określonej konwencji, a mianowicie teatralnego spektaklu. Jest narrator, który cały czas opowiada o tym co dzieje się na ekranie, a także o emocjach towarzyszących bohaterowi. W tle widać również (tylko w niektórych sceneriach) prawdziwą widownię. To buduje naprawdę ciekawy klimat, a dodatkowo okraszone jest ładną i szczegółową, animowaną grafikę. Jeśli chodzi o aspekt wizualny to bez wątpienia jedna z najładniejszych produkcji przygotowanych na Kinecta. Poziomy są dość zróżnicowane, bo gracz zwiedzi na przykład pustynne tereny Dzikiego Zachodu, czy też mroczne zastępy Zaświatów. Szkoda tylko, że w sumie do przemierzenia są jedynie cztery lokacje (podzielone na cztery etapy plus walka z bossem, czyli jednym ze zdrajców Gunstringera). Przez to gra jest również bardzo krótka, bo można ukończyć ją w niecałe pięć godzin. To moim zdaniem jej największa wada.

Krok w dobrą stronę

Mimo tego The Gunstringer to bardzo dobra pozycja i świetna przygoda. Po raz pierwszy produkcja wykorzystująca Kinecta pozwoliła mi wciągnąć się (niestety na krótko) w opowiadaną historię. Nie musiałem też mobilizować dodatkowo kogoś do grania, aby poczuć, że rozgrywka daje mi frajdę. The Gunstringer jest więc pierwszym i dość nieśmiałym ukłonem w stronę pojedynczego gracza, który chce dobrze bawić się z kontrolerem ruchu od Microsoftu. Oby w przyszłości pojawiło się więcej tego typu produkcji.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje