Reklama

Tales of Monkey Island

Rywal diabolicznego Le Chucka, odkrywca skarbu Big Whoop (Duży Łup?), jedyny (OK, prawie jedyny) śmiertelnik, który przeżył Karnawał Przeklętych, czyli Mocarny Pirat Guybrush Threepwood? powraca. A całe Karaiby robią: "har-har-har!".

W ciągu kilku ostatnich lat firma Telltale Games wypracowała sobie całkiem solidną pozycję jako producent przygodówek. Osiągnęła to, tworząc co najmniej porządne gry oparte na licencjach znanych marek, niestety sprzedawane głównie w postaci epizodycznej, co źle wpływa na ich popularność w Polsce. A także na ich obecność na naszych łamach - to zazwyczaj produkcje w pojedynkę zbyt małe, by pisać o nich w wysokonakładowym miesięczniku, w którym o miejsce na stronach co miesiąc rywalizują duże tytuły pokroju Mass Effect 2 czy Dark Void.

Reklama

Wydanie nowej części serii Monkey Island jest jednak dużym wydarzeniem, i to nawet pomimo że podzielono ją na mniejsze odcinki. Dlatego też - choć już jakiś czas temu pisaliśmy o pierwszym epizodzie Tales of Monkey Island - wracamy do tego tematu. W grudniu ukazał się bowiem ostatni, piąty fragment, zamykający Opowieści z Małpiej Wyspy, wreszcie możemy więc ocenić je jako całość.

Stara załoga

Trzeba przyznać, że ludziom z Telltale Games nie brakowało cojones, kiedy postanowili zabrać się za produkcję nowej odsłony Małpiej Wyspy. Jak by nie patrzeć, to przygodówka najbardziej kultowa z kultowych, a mierzenie się z taką legendą praktycznie z góry skazane jest na porażkę. Bo gracze to niestety gatunek bardzo kapryśny i marudny, który tylko szuka pretekstu, by ponarzekać na bezczeszczenie świętości i na to, że "dziś gry nie są już takie jak dawniej".

Na szczęście poza cojones Telltale Games miało również sporo zdrowego rozsądku, bowiem do tworzenia nowego Monkey Island zaproszono kilka osób zaangażowanych także w pierwsze, oryginalne części serii. Co prawda Ron Gilbert, żartowniś uważany za ojca Guybrusha Threepwooda i całej Małpiej Wyspy, sprawował nad projektem tylko pieczę honorową, ale aktywny udział w pracach nad Tales of Monkey Island brali już Dave Grossman i Michael Stemmle. A warto przypomnieć, że pierwszy z nich to współtwórca oryginalnego Secret of Monkey Island oraz jego sequela, drugi zaś maczał palce w kilku ważnych przygodówkach LucasArts, w tym również w Escape from Monkey Island. Do tej doborowej ekipy dokooptowano jeszcze Michaela Landa, autora ścieżki dźwiękowej wszystkich dotychczasowych Małpich Wysp, który i tym razem skomponował soundtrack. Każda z tych szacownych person otrzymała antałek grogu, opaskę na oko i papugę, po czym zabrała się do pracy. Jej efekty? Są...

Piraci lubią długie tytuły

...ale o tym później. Najpierw formalności. Tales of Monkey Island składa się z pięciu epizodów, które ukazywały się w systemie cyfrowej dystrybucji (m.in. na Steamie i stronie Telltale Games) od lipca do grudnia minionego roku, w odstępach mniej więcej miesięcznych. Wszystkie odcinki mają bardzo bujne, barokowe tytuły. Zaczęło się od Launch of the Screaming Narwhal (czyli Wodowania Krzyczącego Narwala), w sierpniu ukazało się The Siege of Spinner Cay (Oblężenie Spinner Cay), wrzesień pokazał, jak wygląda Lair of the Leviathan (Jaskinia Lewiatana), w październiku czekał nas The Trial and Execution of Guybrush Threepwood (Proces i Egzekucja Guybrusha Threepwooda), a całą opowieść zamknęły wydane z lekkim poślizgiem w grudniu Rise of the Pirate God (Narodziny Pirackiego Boga).

W przeciwieństwie do serii Sam & Max, czyli innego podejścia Telltale Games do "lucasartsowej" klasyki, kolejne odsłony Tales of Monkey Island rozgrywają się w różnych lokacjach i tylko w kilku momentach odwiedzamy miejsca, które już wcześniej widzieliśmy (głównie w czwartym odcinku). Nowością jest również to, że wszystkie epizody stanowią zwartą całość i łączy je wspólna fabuła. Przyznam się, że czekając po premierze pierwszego epizodu miesiąc na kolejny, zapomniałem, o co w całej intrydze chodzi i kto rozdaje w niej karty. Dlatego The Siege of Spinner Cay uruchamiałem z niepokojem, bojąc się, że zupełnie pogubię się w wydarzeniach. Na szczęście każdy odcinek rozpoczyna krótka "przypominajka" - sekwencja z Voodoo Lady (postacią doskonale znaną fanom serii), która opowiada o tym, co zdarzyło się wcześniej.

Ponadto mimo fabularnej ciągłości każdy z epizodów jest oddzielnym zestawem zagadek i choć kilka przedmiotów zalega w kieszeni Guybrusha dłużej niż przez jeden odcinek, żadna z łamigłówek nie wymaga zbyt dalekiego sięgania pamięcią wstecz. Opowieści z Małpiej Wyspy najlepiej jednak odkrywać całościowo, grając ciurkiem w kolejne odsłony - to znacznie ułatwia podążanie za historią.

Nie, to niemożliwe. Zrobili to?

A historia to naprawdę zacna. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że pod względem fabuły (co wcale nie znaczy, że również pod względem scenariusza, tj. dialogów i zagadek) Tales of Monkey Island jest najciekawszą odsłoną serii. Jej twórcy wymyślili nową, własną opowieść, którą nadziali licznymi odwołaniami do najsłynniejszych scen z poprzednich części. Obchodząc się z szacunkiem z kultowymi postaciami oraz wydarzeniami, w których brały one udział wcześniej, nie zawahali się jednak wywrócić uniwersum Małpiej Wyspy do góry nogami.

Dowiedz się więcej na temat: karaiby | pirat | opowieść | odcinki | szczęście | voodoo | wyspy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje