Reklama

StarCraft II: Wings of Liberty

W 1998 roku ukazał się StarCraft. Od tamtego momentu nic nie było już takie samo. Czekaliśmy dwanaście lat, aż ukaże się sequel. I wreszcie jest. Czy jest równie rewolucyjny, jak pierwowzór?

Na to pytanie możemy sobie odpowiedzieć od razu - nie, nie jest. StarCraft II: Wings of Liberty nie jest rewolucją. To raczej ewolucja tego, co już za pierwszym razem było niemal doskonałe. Skoro w pierwszego StarCrafta gra się do dzisiaj (głównie przez sieć), to znaczy, że ani trochę się nie zestarzał. Blizzard, mając to na uwadze, postanowił: "robimy wszystko po staremu, dodajemy tylko kilka nowości i powinno grać". I wiecie co? Gra jak nie wiem co!

StarCraft II: Wings of Liberty na pierwszy rzut oka jest jedynką z trójwymiarową grafiką. Te same postacie, te same jednostki, ta sama mechanika rozgrywki - nic się tutaj nie zmieniło, a jeśli się zmieniło, to w tak drobnym szczególne, że trudno to spostrzec. Czy to źle? Absolutnie nie. Osobiście byłbym zawiedziony, gdyby Blizzard wprowadzał jakieś gruntowne zmiany. Na szczęście wprowadził tylko jedną - trójwymiarową grafikę. A reszta pozostała prawie bez zmian. Dzięki Bogu!

Reklama

Jimmy kontratakuje

W StarCraft II: Wings of Liberty spotykamy starych znajomych. Tym najważniejszym jest oczywiście James Raynor, przywódca ruchu oporu Terran, stającego w opozycji do Archturusa Mengska (to z kolei przywódca organizacji Dominion, planujący zyskać władzę nad światem... a przynajmniej nad ludzką rasą). Oczywiście czeka go walka nie tylko z innymi ludźmi, ale i z przedstawicielami dwóch pozostałych, znanych już z pierwszego StarCrafta ras - Zergów oraz Protossów.

Właściwie wrogiem numer jeden Raynora i Terran w ogóle są właśnie Zergowie, ohydne potwory, przypominające trochę obcych z... Obcego. Na ich czele stoi w dalszym ciągu Kerrigan, znana również jako Queen of Blades. To dawna partnerka (służbowo i prywatnie) Raynora, która - jak pewnie pamiętasz, jeśli grałeś w StarCrafta - została zainfekowana przez Zergów i teraz przewodzi im do zwycięstwa nad dawnymi przyjaciółmi.

O fabule nie chcę pisać już nic więcej, bo praktycznie już po kilku misjach zaczynają się w StarCrafcie II dziać rzeczy, o których lepiej nie słuchać, tylko po prostu być ich świadkiem. Jedno mogę powiedzieć na pewno - nie będziesz się nudził ani przez minutę. Blizzard przygotował naprawdę epicką i pełną zwrotów akcji historię, w której poznasz bliżej wszystkie trzy rasy. M.in. weźmiesz udział w kosmicznych wojażach Zeratula, jednej z najważniejszych postaci po stronie Protossów. Ale już nic więcej nie powiem!

Rozgrywka bez zmian

Serio, w StarCrafta II gra się tak samo jak w StarCrafta I. Jeśli miałeś do czynienia z jedynką, do dwójki możesz się dobierać praktycznie z marszu, nie potrzebujesz żadnego tutoriala. A w trakcie zabawy i tak będziesz otrzymywał na bieżąco wskazówki na temat wprowadzanych do obiegu jednostek czy sposobu działania w różnych sytuacjach (np. w kilku misjach nie budujesz bazy, tylko dowodzisz grupką jednostek).

Większość misji zaczynasz z kilkoma podstawowymi strukturami, jedną-dwiema grupkami jednostek i paroma SCV, za pomocą których wydobywasz dwa surowce - minerały oraz gaz. Te potem przeznaczasz na budowę kolejnych budynków, działek obronnych i jednostek. Tych ostatnich możesz wybudować tyle, na ile pozwalają ci posiadane zasoby. Jeśli chcesz je zwiększyć, budujesz kilka Supply Depots (podaję angielską nazwę, bo grałem w oryginalną wersję językową StarCrafta - polska jest zwyczajnie... OK, napiszę o tym później, jaka jest). I tak w kółko. Nuda? W żadnym wypadku - StarCraft II: Wings of Liberty wkręca na maksa. Podobnie jak jedynka zresztą.

Raynor, twoje zdrowie!

W kampanii czeka na ciebie 26 misji (prawie wszystkie poświęcone Terranom - Zergów i Protossów poznamy bliżej dopiero w dwóch nadchodzących rozszerzeniach). Nie uwierzysz, ale praktycznie każda z nich jest inna. Jeśli grywasz w RTS-y, wiesz pewnie, jak często twórcy idą na łatwiznę i ciągle powtarzają te same zadania: "zniszcz bazę", "obroń bazę", "zabij kogoś" itd. Tutaj o czymś takim nie ma nawet mowy. W jednej misji musisz zniszczyć wieże tworzące pole ochronne, aby dostać się do krypty. W drugiej musisz rozwalić kilka pociągów, aby położyć ostatecznie ręce na drogocennym artefakcie. W trzeciej bronisz szarżującego mecha, za sterami którego zasiada jeden z twoich sojuszników, i naprawiasz go, kiedy trzeba. Blizzard, brawo za pomysłowość.

Pomysłowością twórcy wykazali się także, tworząc "przestrzeń międzymisyjną". Otóż pomiędzy kolejnymi scenariuszami nie wysłuchujesz sztywnych cutscenek, tak jak w jedynce (OK, wtedy to było COŚ), ale chodzisz po pokładzie statku kosmicznego. Do dyspozycji są na nim cztery lokacje: zbrojownia (ulepszasz jednostki za zdobyte pieniądze), laboratorium (odkrywasz nowe możliwości dzięki znalezionym w trakcie misji artefaktom), mostek (wybierasz kolejne misje) oraz... kantyna (kupujesz dostęp do najemników i rozmawiasz z sojusznikami).

Ten pomysł to po prostu strzał w dziesiątkę. Dzięki temu rozwiązaniu StarCraft II: Wings of Liberty nie jest tylko RTS-em, ale jest RTS-em, który pozwala poznać bliżej bohaterów i ich rozterki. Wreszcie możesz zobaczyć z bliska, jaki jest ten James Raynor. I zdziwić się, widząc, ile potrafi wypić.

Z 2D w 3D

To było nieuniknione. StarCraft ukazał się dwanaście lat temu, a taki okres w dziedzinie technologii to cała epoka. Blizzard musiał przenieść StarCraft II: Wings of Liberty w pełen trójwymiar. Ale jeśli obawiałeś się, że przez to gra straci klimat, to będziesz mile zaskoczony. Praktycznie rzecz biorąc, gra wygląda identycznie, a jedyną różnicą jest to, iż... jest trójwymiarowa. Nawet widok jest taki sam - twórcy nie wprowadzili opcji obracania kamery (brawo!), a tylko dali możliwość dokonania niewielkiego zbliżenia. Udało się więc nie tylko przeskoczyć z jakością grafiki do kolejnej epoki, ale i zachować klimat z pierwowzoru.

Silnik StarCrafta II sprawuje się bardzo dobrze, ale uważam, że nie powinno się go stosować zawsze, tymczasem Blizzard na enginie przygotował nie tylko samą rozgrywkę, ale i cutscenki. Przyznam szczerze, że liczyłem, iż w grze zobaczymy mnóstwo animacji z prawdziwego zdarzenia, a jest ich tutaj tylko kilka, i to nie najdłuższych. Większość przerywników filmowych renderowana jest na bieżąco.

Raynor mówi po polsku

Już od kilku miesięcy było wiadomo, że Blizzard przygotowuje polską wersję StarCrafta II. Jedni gracze się cieszyli i mówili "to jest to!", a inni śmiali na samą myśl, jak ta polonizacja wyjdzie. Niestety więcej racji mieli ci drudzy. StarCraft II po polsku brzmi mniej więcej tak, jak cokolwiek powiedziane po czesku czy słowacku - czytaj: zabawnie. Jeśli włączysz grę w rodzimej wersji językowej, licz się z tym, że straci ona mniej więcej 50% ze swojego klimatu. Na szczęście jeżeli kupiłeś oryginał, możesz pobrać dowolną wersję językową z internetu. Polecam angielską. Brzmi FENOMENALNIE.

A w multi...

O multiplayerze w StarCraft II: Wings of Liberty nie ma praktycznie co pisać. Jest taki jak w jedynce, czyli wyśmienity. To pewne, że Koreańczycy (u nich StarCraft w multi to sport narodowy) przerzucą się z jedynki na dwójkę i teraz to w nią będą grali przez najbliższą dekadę, a może i dłużej (tak prywatnie, mam nadzieję, że doczekamy się trzeciego StarCrafta w ciągu kolejnych dziesięciu lat...). Polubiłeś multi w pierwowzorze? Polubisz i tutaj.

To jest to!

Właśnie na takiego StarCrafta II liczyłem. Bez rewolucyjnych zmian, a tylko z poprawionym tym, co dało się poprawić, czyli m.in. z grafiką. Gra jest genialna, dopracowana praktycznie pod każdym względem. Dopiero po bliższym zetknięciu się z nią dostrzeżesz te wszystkie szczegóły, które zajęły Blizzardowi tyle czasu, i zrozumiesz, dlaczego trzeba było tyle czekać (produkcja trwała około pięć lat). Tak czy inaczej, czekać było warto, warto, warto...

I jeszcze jedno - co z tego, że gra kosztuje tyle, ile kosztuje? Jeśli mam zapłacić 99 złotych za strzelankę, którą przejdę w jeden weekend, to wolę dołożyć jeszcze kilkadziesiąt złotych i mieć fun na dobre kilka tygodni. Bo StarCraft II to nie tylko olbrzymia kampania, ale i wciągający multiplayer i opcja wyzwań dla pojedynczego gracza. Łącznie, niech strzelę... 50 godzin zabawy? 100? A może jeszcze więcej?

Podkreślę to jeszcze raz - StarCraft II: Wings of Liberty jest genialny.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy