Reklama

Piraci z Karaibów 3

Dziś nie popłynę pod prąd. Wręcz przeciwnie - przyłączę się do bandy tych, którzy twierdzą iż wszystkie trzy części Piratów z Karaibów to bardzo dobre filmy (nie wnikajmy przy tym, który lepszy).

Naturalnie nie byłbym sobą, gdybym zgodził się ze co do każdego elementu. Nie jest to najważniejsze (nie?), ale uważam (i tu już wbrew większości) że Keira jest całkiem niezłą (mowa oczywiście o wyglądzie, pal licho aktorstwo) "piratką".

Ale nie o filmie przecież przyszło mi pisać. Zaznaczę tylko od tego, że gra Disneya nawiązuje zarówno do drugiej jak i obecnej właśnie w kinach części trzeciej. Odwiedzamy najważniejsze miejsce, spotykamy najważniejsze postacie i... dużo walczymy mieczem.

Yarrr!

Fabuła nie ma oczywiście żadnego znaczenia. Epizody wyjęte z obu filmów zostały przyprawione dużą ilością akcji. Oznacza to więcej pojedynków na miecze, skakania, uaktywniania przełączników i dźwigni. Brzmi identycznie jak w wydanym niedawno Eragonie prawda? W dodatku tamta produkcja, mimo iż bazowała na skromniejszej licencji (w dodatku film był kompletnie nieudany) była zdecydowanie lepsza. O ile bowiem Piraci z Karaibów na dużym ekranie są grubą ryba, to na tym mniejszym (choć zależy też co kto ma w domu) stanowią raczej mało ciekawy plankton.

Reklama

Piratem chciałby każdy być

Wiele mówi się o Jacku Sparrowie i świetnej kreacji Johnego Deppa. Zgadzam się w pełni, że grana przez tego, o ironio gardzącego wielkim kinem, aktora postać jest świetna. Paniom zapewne podoba się jeszcze bardziej. Dość specyficzna, mowa ciała i mimika zostały również przeniesione do gry. Z żałosnym skutkiem niestety. Jack Sparrow chwieje się jakby właśnie wracał z przybrzeżnej karczmy w której rum jest tak samo tani jak mocny. Za grosz w tym subtelności, a humor jakby się zmieszał i uciekł. Inne postacie poruszają się już normalniej, ale taka Elizabeth biega jak stary i gruby marynarz. Ilości wdzięku, którego jej brak nie pomieściłby w swych ładowniach hiszpański galeon. Najlepiej prezentują się pozostałe postacie m.in. Kapitan Barbossa (świetny również w filmie).

Animacja jest lepsza kiedy postacie skrzyżują szpady. Co prawda fechtunku uczyły ich krasnoludy, ale to nie zmienia faktu że podczas walk postacie poruszają się z największą gracją. Same starcia dostarczają jednak tylu emocji co nieczynny rollecoaster.

Z ilością wrogów bywa różnie - raz spotkamy jednego, innym razem całą kupę. Zbiry są kulturalne i zawsze walczymy z jednym. Reszta czeka na swoją kolej, choć zdarzało się że któryś przyłożył mi w plecy, był to jednak raczej wynik tego że zbytnio odsunąłem się od "właściwego" przeciwnika.

Od zawsze wiadomo że ważniejsza od ilości jest jakość. Niestety, nie wiedzą tego w Disney'u. Wrogowie to skończeni idioci (co akurat można by jeszcze jakoś wytłumaczyć - w końcu to tylko piraci). Blokują się na schodach, skrzynkach i przy niewidzialnych ścianach (których jest tu masa). W dodatku walka jest słabo wyważona. Obrażenia jakie zadajemy nie są duże, a my jak już dostaniemy to całkiem mocno. Na szczęście (...) napotkani strażnicy i inne ciemne typy lubią się na nas patrzeć (gdy gra się Elizabeth byłoby to jeszcze zrozumiałe, ale w pozostałych przypadkach? Po prostu stoją i się gapią, czekając aż zadamy cios. Nie lubię gdy ktoś odpuszcza...

Z bossami walczy się już nieco ciekawiej. Czasem, jak choćby w jednej z pierwszych wiosek, żeby pokonać takiego specjalnego przeciwnika, trzeba nie tylko machać mieczem ale również nieco pomyśleć. Generalnie jednak walka jest nudna. Poza nią mamy niewiele bo czasem tylko trzeba ruszyć jakieś dźwignie, tudzież przełączniki.

Wspomniane wyżej pistolet i nóż to bronie dystansowe, jednak atak odbywa się dokładnie w kierunku "przed siebie". Troszkę z tym akurat przesadzono bo jakieś autocelowanie byłoby jak najbardziej na miejscu.

...kto nie grał w tę grę.

Efekty w filmie stoją na naprawdę wysokim poziomie. Tak samo jest z charakteryzacją (chociaż zęby

Gra to już inna bajka (albo raczej koszmarek). Maksymalna rozdzielczość to marne 1024x768. Miejsca w jakich przychodzi nam walczyć mają fatalny design. Nie lepiej prezentują się postacie. Na przerywnikach, które zostały stworzone na silniku gry widać koszmarnie małą ilość szczegółów. Tła również są nie najwyższej jakości, a rozmyte tekstury nikomu do gustu również nie przypadną.

Uśmiech politowania wzbudzają wypadające, z beczek oraz poległych wrogów, bonusy. Może to być kurczak (odnawia życie) bomba (wybucha), pistolet (strzelamy - z reguły niecelnie - do wrogów) lub nóż (do rzucania, żył niestety podciąć się nim nie da). Wszystkie te elementy to płaskie nędzne bitmapy, rodem z gier z automatów. Nie sądzę by był to efekt zamierzony.

Słówko o pracy kamery. Eragon i Spider Man 3 The Movie pokazały że można nad nią popracować przynajmniej na tyle by nie przeszkadzała. A w Piratach niestety, często nie widać co mamy zrobić albo gdzie iść. Podczas walki obraz potrafi się tak obrócić że tracimy orientację i może być groźnie.

Na pożarcie rekinom!

Na grę oprócz biegania po koszmarnych etapach składa się jeszcze kilka elementów: m.in. jackanizm - sytuacje w których mamy (tylko raz) możliwość wykonania sekwencji ruchów przez co uzyskujemy przewagę nad przeciwnikiem (niestety gra na padzie najwygodniejsza nie jest i obracanie analogiem udaje się rzadko). Są jeszcze misje poboczne w miastach, gra w pirackie kości i pokera.

Rozpisywał się nie będę, bo wieje od nich nudą na kilometr. Zresztą nawet gdyby były udane, to nie uratowałyby tego tytułu. Z przykrością muszę stwierdzić że przeniesienie filmu na ekran komputera zupełnie się nie udało. Jeżeli zaś lubicie tego typu produkcje to nie macie wyjścia - mus Wam kupić Eragona.

Nie sądzę by ktokolwiek, komu jakaś nieżyczliwa osoba podaruję tą grę wytrzymał z nią dłużej niż kilkanaście minut. Ani grafika ładna, ani rozgrywka wciągająca. Beznamiętna walka i kiepskie plansze. Jedynie muzyka trzyma jakiś poziom. Ale dobra płyta kosztuje o 1/3 mniej niż gra. Wybór jest więc oczywisty.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje