Reklama

Kane and Lynch 2: Dog Days

Kane & Lynch był tytułem niezwykłym. Tworzony od początku z myślą o dorosłych graczach, miał kontrowersyjnych bohaterów i nietypową fabułę, a wszystko to polane gęstym sosem brutalności. Dodatkowo, niestety, w grze pełno było przeoczeń i niedoróbek, które sprawiły, że mimo potencjału list przebojów ona nie zawojowała.

Niedawno zapowiedziana "dwójka" ma jednak sprawić, że o grze będzie się mówiło nie tylko ze względu na brutalność. Dog Days, bo taki podtytuł nosi, ma zostawić "jedynkę" daleko w tyle, a nawet wręcz zrewolucjonizować shootery TPP. I z tego, co widzieliśmy na pokazie w siedzibie IO Interactive - nie są to czcze obietnice! Podczas prezentacji jeden z producentów przechodził gotowy poziom gry, wyglądający już na skończony i pozbawiony błędów. Nic się nie wieszało, jedynie dość długie czasy ładowania na początku misji zdradzały, że nie jest to jeszcze finalne dzieło.

Reklama

Błędom i wypaczeniom mówimy: nie!

Tak można najprościej scharakteryzować jedno z dwóch głównych zadań, jakie postawili przed sobą ludzie z IO Interactive. Zapewniali, że bardzo dokładnie przestudiowali recenzje i wpisy na forach, by wyłapać wszystko, co nie do końca działało w "jedynce". Jeden z najlepszych przykładów to zmieniony system chowania się za osłony. Wcześniej włączał się automatycznie, co działało... gdy działało. A w pozostałych przypadkach mocno frustrowało. W Dog Days automatu już nie ma - jeśli chcemy się schować, musimy samemu nacisnąć przycisk, co spisywało się w trakcie prezentacji o niebo lepiej.

Na samym chowaniu się rzecz jasna nie skończono. Mamy jeszcze możliwość przebiegnięcia za inną osłonę czy przeskoczenia na drugą jej stronę. Oczywiście nie są to żadne supernowości, bo w takiej czy innej formie rozwiązania te funkcjonują już od paru lat, ale nie zmienia to faktu, że w Dog Days działają również bardzo sprawnie. W dodatku nie jest to li tylko bajer - a to dlatego że otoczenie można w tej grze niszczyć. Prezentowany poziom zaczynał się w chińskiej restauracji z masą drewnianych przepierzeń, więc zdemolować dało się niemal całe wnętrze! To oczywiście fajnie wygląda, ale przede wszystkim wymusza częste zmiany pozycji, bo z desek po paru strzałach zostawały same drzazgi.

Wygląd ma znaczenie

Druga sprawa to zupełnie nowa jakość oprawy graficznej. Nadal wykorzystywany jest autorski silnik studia, ale jego możliwości są o niebo lepsze. Owszem, jeśli ktoś chce się czepiać, drobne niedociągnięcia znajdzie. Największe z nich to niezbyt dobrze wyglądające włosy Lyncha - widać, że to tylko tekstura, co w połączeniu z niezbyt modną fryzurą a la łysina i smalec podobać może się wyłącznie gustującym inaczej. Taka to już jednak uroda Lyncha, w dodatku widoczna jedynie z bliska, a że takie ujęcia są rzadkie, da się je przeżyć bez zgrzytania zębami. Tym bardziej że reszta to pierwsza liga.

Choćby mapy - są o wiele większe i dużo bardziej zróżnicowane. Główne i boczne ulice Szanghaju (w nim toczy się akcja Dog Days), sklepy i zaplecza, dachy, place budów, port, szkło i neony reklam, deszcz i odbijające światła kałuże - na brak zróżnicowania nikt nie powinien narzekać. W końcu w największym chińskim mieście znaleźć można niemal wszystko, a tutaj mamy do czynienia z jego jeszcze bardziej podrasowaną wersją. W dodatku całość wygląda tak szczegółowo, że już na screenach jest na co popatrzeć, mimo iż są przecież statyczne, nie oddają więc zbyt dobrze tego, co oglądamy w trakcie gry.

Komórki, DivX-y i YouTube

Bardzo dużą rolę w budowaniu klimatu i realizmu odgrywają bowiem w Kane & Lynch 2 nakładane na obraz filtry, które w połączeniu z dynamiczną pracą kamery sprawiają, że gra wygląda jak amatorski film dokumentalny. Amatorski, czyli taki tworzony przez przechodnia, który przypadkiem znalazł się w (nie)odpowiednim miejscu i był na tyle głu... miał na tyle odwagi, by sfilmować akcję komórką lub jakąś prostą kamerką, a następnie tak powstałe dzieło wrzucił na YouTube'a.

Mamy więc zarówno trzęsący się obraz, dziwnie (czytaj: naturalnie, o ile rozumiemy przez to "w sposób typowy dla słabego sprzętu wideo") rozlewające się światła, a także beczkowaty obraz czy szumy, które dodatkowo zwiększają się w ciemnych miejscach. Ba, jest nawet uciekająca podczas sprintów ostrość! Wygląda to świetnie, choć z początku cały ten pomysł wydawał mi się trochę chory - ale jak się okazuje, w praktyce wyszło perfekcyjnie.

Tym bardziej że swoje dokładają efekty specjalne. Na przykład po trafieniu świat staje się czerwony, a zamiast części obrazu pojawiają się wielkie piksele, spada synchronizacja - efekt jest taki, jakbyśmy oglądali uszkodzonego DivX-a. I choć nie brzmi to może szczególnie interesująco, a do tego niezbyt daje się pokazać na screenach, efekt końcowy jest wręcz genialny! I faktycznie możemy mówić o zupełnie nowej jakości, bo czegoś takiego jeszcze w grach nie było. W dodatku - choć są to przecież tylko bajery - po kilku sekundach przyjmujemy je za całkowicie naturalne.

48 godzin w Szanghaju

Tak można by skrócić fabułę Dog Days, choć wypadałoby dodać do informacji o miejscu i czasie także coś o bohaterach oraz ich perypetiach. Z oczywistych względów (do premiery jeszcze z sześć miesięcy) na zbytnią wylewność twórców liczyć nie mogliśmy, ale co nieco wyciągnąć się jednak udało. Wiadomo na przykład, że o ile "jedynka" koncentrowała się na pozbawionym złudzeń byłym najemniku Kanie, o tyle w kontynuacji świat będziemy obserwowali z perspektywy "mającego drobne kłopoty żołądkowe" (dla osób niemających styczności z "jedynką" tłumaczy się to na: "psychopaty") Lyncha. To on ściągnie do Szanghaju swojego towarzysza, by pomógł mu w przygotowaniu transportu broni. A że nie wszystko pójdzie jak powinno (czytaj: wszystko pójdzie nie tak jak powinno), z nim to będzie później próbował przez tych 48 godzin we wspomnianym Szanghaju przeżyć.

A będą to bardzo intensywne dwie doby, bo przecież planowanie i logiczne myślenie były domeną Kane'a, a to nie on gra w "dwójce" główną rolę. Zresztą zobaczcie filmiki znajdujące się na stronie produkcji, zwłaszcza ten z kulą do gry w kręgle w roli głównej. To nie jest normalne zachowanie... Z drugiej jednak strony przejawy choroby Lyncha nie będą grały głównej roli - choć będzie dla nas jasne, że bohater normalny nie jest, nadal będzie to strzelanka TPP, a nie zestaw minigier pod wspólnym tytułem "jak zachować resztki samokontroli".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy