Microsoft przegrał wojnę konsol. Ponownie i z kretesem

Xbox One nie jest i nigdy nie będzie wymarzonym przez Microsoft liderem rynku. Oto dlaczego było to oczywiste od samego początku.

Niedawno przedstawiciele firmy Wargaming (tak, tych od World of Tanks) podzielili się z nami wynikami sprzedaży konsol i szacunkami na przyszłość. Według nich, PlayStation 4 znalazło już 36 milionów nabywców, podczas gdy Xbox One jedynie 19 milionów. Co więcej, do 2019 roku liczba sprzedanych PS4 ma wynieść 69 mln, natomiast XONE zaledwie 39 mln.

Reklama

Szacunki te są o tyle ciekawe, że "szacunkowe" są nie tylko dane dotyczące przyszłości, ale również... obecnej sytuacji Xboxa One. Microsoft nie uznaje bowiem za konieczne dzielenie się informacjami o sprzedaży, a w przeszłości, jeśli już jakieś podawał, to dotyczyły one liczby konsol dostarczonych do sklepów, a nie faktycznie zakupionych przez graczy. Daje do myślenia?

Firma przyznała jedynie, że w ostatnim kwartale sprzedaż konsol (w tym X360, którego produkcja właśnie się zakończyła) spadła o 26 procent.

Słaba kondycja Xboxa One może wydawać się zaskakująca, jeśli weźmiemy pod uwagę ogromny sukces, jakim był jego poprzednik. Prawda jest jednak taka, że o żadnym zaskoczeniu nie może być mowy.

Trochę historii

Był marzec 2000 roku, kiedy w Japonii zaprezentowano następczynię PlayStation, oznaczoną numerkiem "2". Na ten moment wyczekiwały miliony graczy na całym świecie, a konsola, kiedy trafiła pod koniec roku na pozostałe rynki, rozchodziła się szybciej niż darmowe drinki na pustyni. Nic dziwnego - pierwsza maszynka do gier marki Sony sprzedała się w 104 mln egzemplarzy, co oznaczało, że niewyobrażalna wręcz liczba osób przekonała się do elektronicznej rozrywki z użyciem konsoli japońskiej firmy. Czy coś mogło zagrozić jej dominacji?

Rękawice podjęło dwóch konkurentów: rynkowy weteran Nintendo - ze swoim GameCubem oraz żółtodziób wśród domowych konsol - Microsoft, który zaprezentował Xbox’a. Ten pierwszy nie spełnił niestety pokładanych w nim nadziei i znalazł jedynie 21,7 mln nabywców (o 11 mln mniej od i tak rozczarowującego wyniku poprzednika), natomiast drugi trafił do 24,6 mln osób. Microsoftowi poszło więc lepiej niż starym wyjadaczom z Nintendo, ale do Sony było im bardzo daleko - PS2 kupiło 157,7 mln osób, co do dziś jest rekordem wśród domowych konsol.

Nie przeszkadzało to jednak gigantowi z Redmond - udało im się zbadać rynek, stworzyć markę i zebrać pierwszych oddanych fanów. W ten sposób powstał przyczółek do przeprowadzenia ofensywy na pełną skalę. Była to przegrana, ale o charakterze strategicznym.

Microsoft kontratakuje. I niszczy system

Kiedy Sony spokojnie dopracowywało następczynię PlayStation 2, Microsoft przeprowadził szturm. Pod koniec 2005 roku (zaledwie 4 lata po premierze swojej pierwszej konsoli) pokazał Xbox’a 360 - pierwszą "next-genową konsolę nowej generacji HD". Co prawda nie miała ona złącza HDMI, Wi-Fi ani dysku twardego, ale za to miała pady z kabelkami i napęd DVD. Była duża, miała wielki, osobny zasilacz, do tego grzała się jak porządny kaloryfer i huczała niczym radziecki odkurzacz. Była idealna.

Komu bowiem przeszkadzały techniczne drobiazgi, kiedy wreszcie mogliśmy cieszyć się grafiką w wysokiej rozdzielczości i zbierać szczęki z podłóg na widok Gears of War (choć tytuł ten pojawił się dopiero rok po premierze X360).

Pamiętajmy też, że to właśnie Microsoft swoim Xbox’em rozkręcił granie po sieci na konsolach, stworzył sklep z grami i wersjami demo (Xbox Live Marketplace), a także wprowadził ideę osiągnięć, dzięki czemu mogliśmy zacząć spędzać dodatkowe godziny z grami, które już ukończyliśmy, aby robić w nich rzeczy, których nigdy byśmy nie zrobili sami z siebie.

Co w tym czasie robiło Sony? Ich reakcją na pojawienie się nowego konkurenta, szturmem zdobywającego rynek, było... spokojne dłubanie nad PS3. Japończycy mieli swój plan, którego zamierzali się trzymać i pełne przekonanie, że nic i nikt nie może zagrozić ich pozycji.

Wreszcie, w listopadzie 2006, na rynku pojawiło si PlayStation 3. Potężna konsola, wyposażona w ośmiordzeniowy (!) procesor, napęd Blu-ray, dysk twardy, Wi-Fi, bezprzewodowe pady oraz... bebechy PS2, zapewniające bezproblemową wsteczną kompatybilność. Świat wstrzymał oddech... a potem zaczął skonsternowany drapać się po głowie.

Tak, PS3 było znacznie mocniejsze od X360, ale... nikt nie wiedział, jak z owej mocarności skorzystać. Architektura procesora Cell była tak skomplikowana, że nikomu nie chciało się jej rozpracowywać, czego efektem był fakt, że gry multiplatformowe wyglądały lepiej na konsoli Microsoftu, mającej zaledwie trzyrdzeniowy procesor. Było to możliwe, ponieważ ta druga korzystała z architektury bardzo zbliżonej do PC, dzięki czemu twórcy gier bez większego problemu wykorzystywali jej możliwości.

Sony zaskoczyło także horrendalną ceną (599 euro, podczas gdy X360 można było mieć za połowę tej ceny!) i nie porwało graczy wyraźnie gorszymi usługami sieciowymi. W efekcie PS3 było mocniejsze od X360 tylko w teorii, a konsola Microsoftu zdobywała nowe rzesze fanów. Sony starało się uratować sytuację tworząc tańszą wersję PS3 (między innymi pozbawioną podzespołów PS2, co definitywnie zakończyło wątek wstecznej kompatybilności w konsolach Sony), a także inwestując w gry na wyłączność, co pomogło przekonać graczy co do wyjątkowości ich sprzętu.

Microsoft jednak był już nie do zatrzymania. Ostateczne wyniki sprzedaży PS3 i X360 (86,4 mln i 85,4 mln), choć niemal identyczne, stanowią tak naprawdę porażkę dla Sony. Japończycy pozwolili bowiem na to, by pod ich nosem powstał niezwykle groźny rywal.

Bezczelnie butny jak... Microsoft

Jedną z pochodnych sukcesu Xboxa 360 było wbicie przedstawicieli Microsoftu w ogromną pychę i butę. Za każdym razem kiedy widziałem na E3 konferencję giganta z Redmond i na scenę wychodził Don Mattrick, robiło mi się niedobrze. Jego lalusiowata aparycja i zblazowany uśmieszek zawsze przywodziły mi na myśl oślizgłą jaszczurkę o osobowości poborcy podatkowego. Jedno spojrzenie wystarcza, by przekonać się, że uśmiechając się obleśnie sięgnie po naszą kasę i jeszcze powie, że to dla naszego dobra.

Prawdziwy popis tego, jak Microsoft jest wpatrzony we własną doskonałość, jest sposób, w jaki zaprezentowali Xboxa One. Po obejrzeniu całej konferencji wszyscy mieli nieodparte wrażenie, że Microsoft porzucił przemysł gier wideo i będzie teraz oferował dekodery telewizyjne ze sterowaniem głosowym.

Kiedy natomiast przytargali swój nowy sprzęt na E3 w 2013 roku, oznajmili, że zasadniczo to nadal konsola do gier, która ma fajne funkcje. Przykładowo, nie działa bez podłączonego Kinecta ani bez stałego dostępu do internetu. Pomijając skojarzenia z pewną książką Orwella oraz koncepcją panoptikonu, pojawiło się zasadnicze pytanie: "dlaczego Microsoft uważa, że wie lepiej, czego chcemy"? Nie każdy ma ochotę dopłacać za Kinecta w zestawie i mieć go na stałe podłączonego, ani nie ma potrzeby (a czasami i możliwości), aby konsola bez przerwy miała dostęp do internetu.

Co na to Microsoft? Pozwólcie, że przytoczę wypowiedź Dona Mattricka, który zapytany przez Geoffa Keighley’a, co zamierzają zaoferować fanom Xbox'a, którzy nie będą mogli korzystać z XONE, bo nie mogą podłączyć go na stałe do internetu, odparł: "Mamy dla nich rewelacyjny produkt - nazywa się Xbox 360!". Innymi słowy: "Nie masz stałego łącza? To graj dalej na starej konsoli! Przegrańcu".

Na szczęście ludzie z natury nie lubią, kiedy ktoś chce z nich zrobić wała, zmusza do czegoś, czego nie chcą, i jeszcze tłumaczy, że są zbyt głupi, aby zrozumieć, że to dla ich dobra. Dość szybko okazało się, że w sumie można będzie z Xbox'a One korzystać po jednorazowym podłączeniu do internetu, a Kinect to tylko kamerka do niektórch gier i wcale nie musimy go mieć. Swoją drogą, to pokazuje słabość Microsoftu - po prezentacji XONE na E3 w 2013 roku Don Mattrick podkreślał, że rozumie negatywną reakcję części graczy, ale zapewniał, że stały dostęp do sieci oraz wiecznie włączony Kinect otwierają drzwi do zupełnie nowych doświadczeń. A kiedy już ich zasmakujemy, zrozumiemy, że to coś ekstra. Widać sami w to nie wierzyli, skoro tak szybko zmienili swoje stanowisko.

A Sony? Sony zwyczajnie nie popełniło błędów z poprzedniej generacji. Wypuściło konsolę równo z konkurencją, wyposażoło ją w nieco mocniejsze podzespoły, ale pozwalające na łatwe wykorzystanie ich możliwości, a całość wyceniło bardzo rozsądnie (399 dolarów, wobec 499 dolarów za XONE). I to wystarczyło, by zmiażdżyć Microsoft.

2:1 dla Sony

Choć przed nami jeszcze kilka lat obecnej generacji konsol, oczywiste jest, kto wygra tę bitwę. Microsoft skutecznie zraził do siebie wiele osób, a bagatelizowanie znaczenia exclusive’ów z najwyższej półki (co rozpoczęło się już za czasów X360), też daje o sobie znać.

Obecnie gracze mają do wyboru dwie niemal równorzędne konsole, z bardzo zbliżoną biblioteką gier. Różnica jest taka, że tytuły na PS4 zwykle wyglądają odrobinę lepiej i działają w wyższej rozdzielczości, a ponadto Japończycy mają ciekawszą ofertę tytułów na wyłączność.

To jasno pokazuje, że gracze o wiele bardziej wolą konsolę Sony, czego efektem jest miażdżąca przewaga PS4 w statystykach sprzedaży. Microsoft może jedynie czekać na kolejną generację konsol i już teraz planować, jak nie wygłupić się podczas premiery tak bardzo, jak w przypadku Xboxa One.

proGracz

Dowiedz się więcej na temat: Microsoft

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje