Piraci Nowego Świata

Producent: Ascaron Entertainment

Reklama

Wydawca: Ascaron Entertainment

Dystrybutor: Cenega Polska

Gatunek: strategiczna

Data wydania: 17 października 2003

Data wydania PL: 12 listopada 2003

Wymagania: PII 400 MHz, 128 MB RAM, CD-ROM x4, akcelerator 3D, DirectX 8.0, Windows 95/98/Me/2000/XP

Cena detaliczna: 99,90 PLN

Ocena: 7/10



Co jest szczury lądowe?! Brać mi tu ściery i czyścić pokład, a to już! Co się tak patrzysz? Co?! Masz okazję płynąć ze mną po morzu i zgarniać łupy, to musisz się mnie słuchać! Do Nowego Orleanu jeszcze długa droga, a żywności coraz mniej - będzie trzeba jutro splądrować jakiś piracki lub holenderski statek, dlatego zanim ktoś cię przeszyje ostrą szablą, zrób coś dla swojego kapitana i zabierz mi się za ten cholerny pokład!


Tak jest - być korsarzem, pływać po morzach, zwiedzać nowe, nieodkryte wcześniej lądy, zabawiać się z pięknymi kobietami i z każdego zakątku świata wynieść jakieś wspomnienia. Pewnie każdy jako młody chłopak bawił się drewnianą szabelką, oko przepasał czarną opaską i uważał siebie za największego pirata wszystkich mórz i oceanów. W dzisiejszych czasach panem wód mogą zostać także starsze dzieci, a to za sprawą gier komputerowych, które już sporo razy swoją tematyką zahaczały o świat piratów. Jak wiadomo, na rynku nie pojawiały się tylko bardzo dobre tego typu produkcje, przed otrzymaniem "Piratów Nowego Świata" obawiałem się, że będę musiał zaliczyć ich do tych mniej udanych gier. Dlaczego? Przecież producentem programu jest Ascaron - firma, która na swoim koncie ma m.in. znakomitego "Port Royale". Nie mogłem zatem przejść obojętnie obok nowej pirackiej produkcji. Z jednej strony to trochę dziwne, że producent po stworzeniu gry o korsarzach zaraz zabiera się za nową, w gruncie rzeczy bardzo zbliżoną tematycznie zabawkę. Najprawdopodobniej jest to spowodowane tym, że "Port Royale" był stosunkowo skomplikowaną produkcją i nie każdy miał ochotę się w tym wszystkim mieszać, więc Ascaron wpadł na pomysł (słuszny zresztą), aby wyprodukować nieco mniej wymagającą grę i skupić się praktycznie tylko na przygodach piratów, bez rozszerzonych wątków ekonomicznych czy budowniczych. Powstało coś na miarę prekursora tego typu gier - "Sid Meier's Pirates", ale w nowej oprawie. "Piraci Nowego Świata", którzy niby tworzą klimacik miłego grania, śmierdzą mi trochę pójściem na łatwiznę panów z Ascaron. Sprawdźmy jednak dokładnie ofertę nowych piratów, a nad szczerym werdyktem zastanowimy się później.



Prosimy na pokład!

Rozgrywka w PNŚ osadzona została na Karaibach między XVI a XVII wiekiem. Jest to złoty okres pirackiej działalności, ich nikczemnych ataków, ekspansji militarnej i ogólnego panowania na morzu. Jak to wszystko się przedstawia, nie muszę chyba wyjaśniać, gdyż historii - jeżeli nie szkoła - nauczyć nas mogły wcześniej wydane gry, filmy czy książki, których ostatnimi czasy pojawiło się stosunkowo dużo. Od siebie dodam tyle, iż Karaiby zajmowały wówczas cztery państwa: Francja, Hiszpania, Anglia i Holandia, między którymi dość często dochodziło do huśtawek nastrojów, sojuszy, konfliktów o jakiś port itp. Jednym słowem życie polityczne na Karaibach było bardzo urozmaicone, a dodając do tego jeszcze piratów, pasożytniczą profesję poszczególnych krajów, otrzymujemy bardzo ciekawy misz-masz, który sam prosi się o zekranizowanie, tudzież zrobienie z niego gry komputerowej.



Zaczynając piracką przygodę, musimy stworzyć nowy profil kapitana, nazwać go, określić narodowość i jedną z trzech dostępnych cech charakteru, a także wybrać banderę przyszłego konwoju. Zaraz po tym otrzymujemy swój pierwszy scenariusz i trafiamy na morze, a właściwie do hiszpańskiego portu Tortuga, w którym dostajemy kilka wskazówek pomocnych w grze. Same podpowiedzi pojawiają się przez cały wstępny scenariusz, co jest bardzo zgrabnym połączeniem wyczerpującego samouczka z ważnymi, aczkolwiek prostszymi zadaniami, zatem ani początkujący, ani doświadczeni gracze nie powinni narzekać na pierwsze misje. Zabawę rozpoczynamy mając w posiadaniu jeden, nie najlepszej klasy statek - bryg, wyposażony w odpowiednią ilość uzbrojenia i załogi. Dzięki niemu już na początku gry możemy sobie spokojnie odkrywać nowe lądy na morzu i atakować wrogie żaglowce, chociaż z tym bym jeszcze zaczekał. Atakujemy bowiem z konsekwencjami, a więc jeśli rozpoczniemy najazd na takiego Francuza, to szczerze wątpię, aby jego kraj chciał z nami współpracować, wręcz przeciwnie - wyśle za nami list gończy i co wtedy? Za ciekawie to na pewno wyglądać nie będzie, dlatego przez pierwsze kilkanaście (kilkadziesiąt?) minut polecam dokładnie poznać panujące w grze zasady, wchłonąć jej klimat i odkryć grzecznie jak najwięcej portów, gdyż to w nich nasz korsarz otrzymuje zadania i dzięki nim jego kieszeń oraz zapasy nie pozostają puste.



Rozkaz kapitanie!

Pierwsze polecenia otrzymamy od gubernatora hiszpańskiego miasta, z którego rzekomo pochodzimy. Z początku zadania są stosunkowo proste i przeważnie sprowadzają się do zdobycia informacji o jakimś porcie, przetransportowania pewnych surowców czy chociażby zbadania wód oblewających daną miejscowość. Takie pozornie banalne zlecenia musimy jednak wykonywać, aby wyrobić sobie markę w oczach gubernatora i aby ten dawał nam coraz to ciekawsze i trudniejsze zarazem roboty do wykonania. Dzięki zaliczaniu kolejnych misji wzrasta nasze doświadczenie, a tym samym zleceniodawca jest w stanie nam bardziej zaufać i w końcu będzie chciał, abyśmy zdobyli jakieś miasto, co pozwoli nam zbliżyć się do ukończenia głównej misji scenariusza - zajęcia określonej liczby portów. Naturalnie całość nie jest taka prosta, jak mogłoby się wydawać - polecenia gubernatora często okazują się trudne w wykonaniu, gdyż każda prośba zawsze musi być spełniona w podanym, z czasem coraz krótszym, terminie. Aby się w nim zmieścić, należy bardzo szybko płynąć swoim statkiem i nie pomylić celów na morzu, gdyż to może nas kosztować nawet kilkanaście dni poślizgu (w grze czas mija dużo szybciej). Dlatego zaraz po rozpoczęciu scenariusza polecam opłynąć wszystkie brzegi na Karaibach, aby wiedzieć, gdzie każdy z portów się znajduje i w przyszłości nie tracić dużo czasu na ich poszukiwaniach.



Samo pływanie po morzu, jak to kiedyś bywało, może obfitować w sporo przygód. Karaibskie wody 500 lat temu oblegało przecież wiele statków należących do czterech wielkich państw (Anglia, Holandia, Francja i Hiszpania), handlujących między sobą różnymi towarami. Żaglowce naturalnie spotykać możemy podczas swoich wypraw i wymienić z nimi informacje lub też nagle je zaatakować (o tym później). Bardzo często się zdarza, że napotkany handlowiec nie ma dla nas żadnych wieści - tylko wybiórcze statki dysponują ciekawymi wiadomościami, które mogą nas poprowadzić do źródła gotówki. Takimi cennymi informacjami jest zapotrzebowanie jakiegoś miasta na określony towar (sprzedając go w danym porcie możemy nieźle zarobić) lub też odkrycie bogatego konwoju pływającego wokół jakiegoś miasta - wystarczy splądrować i już cieszyć się większą liczbą towarów. Wszystkie zdobyte informacje oraz aktualne zlecenia nasz marynarz zapisuje w specjalnej kronice, do której cały czas mamy dostęp. Jeśli zmieścimy się w czasie i wykonamy swoje zadanie, otrzymamy wynagrodzenie w formie grubej gotówki, którą wydać powinniśmy na potencjalną naprawę uszkodzonych statków, uzupełnienie amunicji bądź też na zakup nowych towarów w miejskich bazarach.



Piraci?! No, to ognia!

Statek z bogatym bagażem staje się jednak upragnionym celem ataku wielu piratów, dlatego strzeżmy się i nie przesadzajmy z kupowaniem towarów, gdyż możemy je zaraz stracić wraz ze statkiem i załogą na rzecz jakiegoś złowrogiego żaglowca. Zwykle na kasę chełpią się piraci - osoby wolne, odwrócone od wszystkich państw oraz przez nie poszukiwane. Gubernatorowie każdego kraju często chcą, abyśmy zlikwidowali jakiegoś pirata bądź też całe ich grupy, ale zdarzają się także zlecenia, które mówią o napadach na handlowców pochodzących z wrogich państw - takie posunięcia sa już bardziej ryzykowne, gdyż atakami na morskich przedstawicieli narodów możemy pozbawić siebie dobrej reputacji u odpowiednich gubernatorów, a tym samym zmniejsza nam się liczba potencjalnych misji, chociaż znowu więcej zyskujemy w oczach zleceniodawcy. Co robić? Wszystko zależy od gracza i jego taktyki. Mogę wam tylko jedno sugerować - nie warto podskakiwać do statków wyższej klasy, aniżeli ten będący w naszym posiadaniu. Wyróżniamy dziewięć rodzajów żaglowców - od malutkiej pisany poczynając, poprzez większego już barka, fregaty, a na karaweli czy wreszcie niesamowitym galeonie skończywszy. Każda łajba oprócz wyglądu różni się nieco innymi właściwościami: ładowność, zwrotność, prędkość, długość, ilość dział, odporność i maksymalna liczba załogi na pokładzie. Wszystkie powyższe aspekty wbrew pozorom wywierają pewny wpływ na zachowanie się statków, w szczególności liczą się one podczas bitw morskich, których przebieg jako jedyna rzecz w grze wydała się być nieco oryginalna. Otóż zainteresował mnie sam sposób prowadzenia walk - nie odbywa się on jak w standardowych strategiach, na zasadzie: kliknij w odpowiedni punkt na mapie, a w to miejsce uda się określona jednostka. Tutaj cały czas, poruszając kursorem, wykonujemy manewry naszego statku, a przyciskami myszy wystrzeliwujemy salwy pocisków armatnich, które z racji, że nie są automatycznie naprowadzane, wymagają od gracza odpowiedniego ustawienia łajby względem wroga. Jeśli dwa statki zetkną się ze sobą burtami, możemy wydać rozkaz abordażu - wtedy załoga jednego żaglowca będzie próbowała przedostać się na drugi i zależnie od naszej decyzji rozpocznie proces plądrowania lub przejmowania wrogiego okrętu. Bardzo miło jest posiadać w konwoju kilka dobrej klasy łodzi, ale szkoda, że w bitwach brać udział może tylko jeden wytypowany przez nas statek, podczas gdy przeciwników walczyć z nami może nawet dziesięciu (maksymalna liczba żaglowców w konwoju). Niesprawiedliwe? Nie wiem, ale w gruncie rzeczy każdy wyćwiczony gracz powinien sobie spokojnie poradzić nawet z czterema statkami wroga. Z większą ilością 'wraków' będzie już trudniej, ale cóż - dobra gra w końcu musi od nas czegoś wymagać, czyż nie? W PNŚ poza żaglowcami atakować możemy jeszcze porty - do tego potrzebne są jednak odpowiednie rozkazy ze strony jakiegoś gubernatora. Z racji, iż zdobywanie miast to kluczowe zadania w grze, nie powinniśmy stracić żadnej okazji i próbować zajmować kolejne terytoria, kiedy tylko się da, choć to nie należy do najłatwiejszych operacji: jeden statek na długi brzeg zaopatrzony w wieże strażnicze, strzelające do nas ciężkim prochem raczej nie jest równą rywalizacją, ale jakże satysfakcjonującą, gdy uda nam się zdobyć tak dobrze broniące się miasto.



Daj mi rum, a ja podam ci tytoń

Po wygranej bitwie dobrym zwyczajem jest skierowanie swojego konwoju w kierunku portu, gdzie można naprawić poobijane statki, a także zaopatrzyć je w zapas kul armatnich. Istnieje też możliwość sprzedaży zdobytych łodzi, z której zyski powinniśmy rozdzielić wśród naszej załogi, gdyż ta bez wypłaty potrafi się nieźle wkurzyć, zabrać niemalże cały dobytek, a nawet dobry statek i całkowicie zwiać nam z nosa. Dlatego nie ma sensu być tutaj typem 'sępa', ponieważ wcześniej czy później i tak będziemy musieli stracić łupy (istnieją pewne ograniczenia w ich posiadaniu), więc dlaczego ma to nastąpić w aż tak drastyczny sposób? Nasza marynarska ekipa, aby nie musiała zrzędzić i grozić buntami, musi mieć także zapewniony dobrobyt na tatku w postaci jadła, rumu i innych luksusowych towarów. Wszystkie zapasy, jak już wcześniej wspomniałem, uzupełniamy w portach i tam też możemy je sprzedawać. Podmiotów handlowych gra udostępnia około 20 i są to produkty typowe, takie same zresztą, jakie mogliśmy zobaczyć w "Port Royale". Sama ekonomia tutaj praktycznie nie istnieje - kupujemy taniej (lub kradniemy ze statków) i sprzedajemy drożej, gdy przydarzy się taka okazja - nic więcej. Trochę szkoda, że producenci aż tak skrócili ten aspekt gry, ale takie były ich zmierzenia, trudno zatem wytykać chłopaków palcami. Ascaron wykonał swoje widzimisie, ale czy to rzeczywiście okazało się dobrym posunięciem? Zależy, na czym nam tak naprawdę zależy - samej przygodzie i pływaniu swoimi masztowcami po karaibskich wodach czy pełnokrwistej strategii z uwzględnieniem każdej z jej ważnych cech. W drugim wypadku gra prezentuje się co najwyżej miernie - to tak dla informacji, aby fani bardzo rozbudowanych produkcji nie poczuli się zawiedzeni, kiedy wyłożą kasę na PNŚ.



Coś o pięknym oceanie i wspaniałych szantach na pokładzie

Samo obcowanie z grą przebiega w przyjaznym nastroju - interfejs jest czytelny, okienek z informacjami w ogóle nie jest dużo, a panel został ładnie umieszczony po prawej części ekranu z mapką na górze, do której mam pewne zastrzeżenie. Otóż do portów oznaczonych białymi kropkami brakuje podpisów - te pojawiają się dopiero po dłuższym trzymaniu kursora w odpowiednim punkcie, co staje się utrudnieniem w prowadzeniu rozgrywki. Sprawa prędkości gry została rozwiązana należycie - mamy do dyspozycje trzy jej poziomy, które podczas zabawy dosyć często zmieniałem (całkiem przydatna rzecz). Strona audiowizualna nie zmieniła się prawie w ogóle w stosunku do "Port Royale". Oznacza to, że wszystko wizualnie wygląda przyzwoicie, nie przeszkadza, ale też nie jest żadnym rewelacyjnym tworem. Podobnie jest z oprawą muzyczną - ciekawa, powolna i przyjemna w słuchaniu fonia z elementami marynistyki jak najbardziej pasuje do klimatu gry.



Zarzucić kotwicę!

Na zakończenie moich dzisiejszych dywagacji przydałoby się jakieś podsumowanie wrażeń wyciągniętych z PNŚ. Sprawa nie jest łatwa, gdyż mam nie lada orzech do zgryzienia. Otóż grało mi się przyjemnie przez długie godziny kontaktu z produktem i gdyby nie fakt, że "Port Royale" zagościł już na sklepowych półkach, to "Piratów Nowego Świata" polecałbym z zamkniętymi oczami każdemu wielbicielowi morskich strategii. Z racji, że Ascaron wydał na świat jednak dwie gierki traktujące o tej samej tematyce, to muszę na chłodno ocenić sprawę i polecić wam konkretny produkt. Tak też zrobiłem i doszedłem do wniosku, że jeśli od PNŚ oczekujecie dobrej zabawy i wciągających przygód z morskimi żaglowcami w roli głównej, to spokojnie możecie sięgać po ten produkt. Jeżeli jednak chcielibyście w grze jak najbardziej wykazać się myśleniem strategicznymi i ekonomicznym, powinniście pomyśleć nad "Port Royale". W żadnym wypadku nie decydujcie się na obie zabawki, gdyż są one do siebie tak skrajnie podobne, że jedną produkcję na pewno odstawicie na bok, a na co komu piąte koło u wozu?



Plusy: wciąga, prostota rozgrywki

Minusy: wtórna, ...zbyt duża prostota rozgrywki



baseM@N

Dowiedz się więcej na temat: dystrybutor | statki | pokład | rozgrywki | wydawca | statek | port | piraci

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje