Cold Fear

Fani survival horrorów na pewno znają ekipę Darkworks - to właśnie oni kilka lat temu dostarczyli na wszystkie liczące się wtedy konsole grę "Alone in the Dark 4", która w prasie branżowej wypadła sporo powyżej przeciętnej.

Najnowsze dzieło firmy również jest horrorem, ale trochę bardziej stawia na akcję, zupełnie jak "Resident Evil 4", do którego "Cold Fear" jest momentami bardzo podobny.

Fabuła przedstawia się mniej więcej tak. Po wzburzonym oceanie dryfuje opuszczony statek. Próby skontaktowania się z załogą za pomocą radia spełzły na niczym. Do akcji wkraczają więc amerykańscy żołnierze, ale ich jednostka specjalna zostaje w mgnieniu oka wybita przez nieznanego wroga. Na przeraźliwe wołanie o pomoc dowodzącego akcją odpowiada maleńka łódź specjalnej grupy zajmującej się ochroną wybrzeża. Ekipa trafia na statek i podobnie jak ich poprzednicy, zostaje błyskawicznie wymordowana. Przeżyć udaje się tylko niejakiemu Tomowi Hansenowi, ale jak długo nie dołączy do swoich kompanów zależeć będzie tylko od gracza.

Akcja "Cold Fear" toczy się głównie na statku, a później na chwilę przeskakuje na platformę wiertniczą. Sprawia to, że bardzo ograniczona została liczba miejscówek, które gracze odwiedzą podczas zabawy. Tak zwany "backtracking" na pewno wielu osobom nie przypadnie do gustu - kręcenie się w kółko w poszukiwaniu jakichś poukrywanych przedmiotów bywa nużące. W każdym razie pomysł z opuszczonym statkiem dryfującym w samym środku sztormu okazał się strzałem w dziesiątkę. Klimat naprawdę może się podobać, jest ciemno i mroczno, deszcz bardzo ostro zacina, a fale z przerażającą siłą rozbijają się o pokład. Mało tego, jeśli gracz zapomni się na chwilę i nie chwyci jakiejś liny, może zakończyć zabawę w głębinach oceanu, co oczywiście oznacza koniec gry.

Żywot bohatera zakończyć też mogą inne przeciwności losu, najczęściej w postaci członków załogi statku zainfekowanych przez tajemniczego wirusa. Co prawda goście już nie żyją, ale nie można o nich powiedzieć, że są to zombie. W ich ciałach skryły się pewne niezbyt przyjemne pasożyty, które zmieniły ich w rządnych krwi wariatów. Mało tego, nie można ich normalnie zabić. Nie zdziwcie się zatem, jeśli wpakujecie przeciwnikowi w klatę tonę ołowiu, a on mimo to wstanie. Należy strzelać w głowy albo starać się tak manewrować, by móc skorzystać ze stojących gdzieniegdzie beczek z materiałami wybuchowymi - rozerwani wrogowie nie będą mieli możliwości podnieść się i dalej atakować gracza. Niestety, trochę źle działa system celowania. Ciężko precyzyjnie wymierzyć, chociaż powinno być to łatwe, bo wygląda zupełnie jakby było skserowane z gry, w której takie rozwiązanie sprawdza się wyśmienicie, czyli z "Resident Evil 4" - kamera zjeżdża nad ramię bohatera i strzelać trzeba z takiej perspektywy, pomagając sobie analogiem. Nie mogło oczywiście zabraknąć tajemniczych gości z bronią - pozostali przy życiu najemnicy chętnie strzelają do wszystkiego, co się rusza, w tym między innymi do bohatera. Ale nie tylko, bo autorzy poszli krok dalej i sprawili, że różne postacie w grze walczą między sobą. Poza tym na gracza czekają jeszcze dziwne robaki - wyglądające trochę jak ślimaki, długie i oślizgłe.

Dowiedz się więcej na temat: statek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje