Turok

Czasami bierzemy do ręki jakiś tytuł i od razu wiemy, że będziemy się przy nim dobrze bawić. Innym razem końmi by nas nie zaciągnęli do kontrolerów - bo ta gra nie jest dla nas. Ale są też takie tytuły, jak Turok.

Jak to mówią: ni pies, ni wydra. Łatwo się takie pozycje rozpoznaje. Kiedy dostaniemy je do ręki, powoli je rozpakowujemy, oglądamy "od deski do deski", uważnie śledzimy to, co wydawca o nich napisał, żeby wyrobić sobie jakąś opinię na ich temat.

Reklama

Kiedy oglądamy pudełko z Turokiem, przeżywamy kilka wstrząsów. Najpierw widzimy ładną szatę graficzną: wdzięczna butelkowa zieleń, tajemniczy cień męskiej postaci i niebrzydkie logo. Z tyłu wymagania - spore, acz nie wyśrubowane, poza jednym - przestrzeń na twardzielu: 20 gigabajtów. Niby Age of Conan po instalacji zajmuje więcej, ale te 20 GB to nadal sporo. W środku 2 x DVD, naklejka na szybę z logiem i... broszurka. Tak chyba należy to nazwać. W niej krótka instrukcja instalacji, opis sterowania, informacja o pomocy technicznej i stare dobre ostrzeżenie o epilepsji. Niezwykle wręcz bogate wnętrze. Z tej to broszurki dowiadujemy się również, że oba DVD są instalacyjne. Zabieramy się do ładowania gry.

Installation complete

Po wszystkim naszym oczom ukazuje się ładnie stylizowane menu w ciepłych brązach. Całkiem przejrzyste, chociaż niepozbawione drobnych wad. Po dokonaniu szybkich ustawień graficzno-dźwiękowych z utęsknieniem szukamy trybów rozgrywki. Są. Do wyboru mamy grę dla pojedynczego gracza i rozgrywki wieloosobowe. Kampania składa się z piętnastu misji, co wraz z przerywnikami filmowymi daje od piętnastu do dwudziestu godzin gry. Tryb wieloosobowy oferuje nam trzy typy zabawy: "sam przeciw wszystkim", zmagania drużyn oraz wykonywanie misji w kooperacji z innymi ludźmi. Oprócz tego wprowadzono podział na duże i małe poziomy, co odnosi się do limitów graczy dopuszczonych do zabawy (odpowiednio: 8 lub 16 graczy).

Turoka przygód opisanie

Od chwili kiedy zaczyna się grę, ciężko pozbyć się uczucia, że już się to gdzieś widziało. Niemal co druga scena lub motyw przewodni jest "żywcem wyjęty" z jakiegoś głośnego filmu. Zaraz na samym początku oglądamy scenę przebudzenia marines na pokładzie "Sulaco" z Aliens; tylko postacie są inne. Przez całą grę dla odmiany prześladuje nas jakiś T-Rex, zupełnie jak w Parku Jurajskim. Poza tym widzimy, jak bohater biega z łukiem niczym Rambo, a potem jeszcze pojawiają się scenki nieodparcie kojarzące się z Predatorem. Owszem, mówimy tu o dosyć popularnych motywach, jednak rozpowszechnionych i kojarzonych właśnie z tymi konkretnymi filmami. Żeby było zabawniej, w zasadzie to nie razi - może nawet sprawić trochę przyjemności odgadywanie, co inspirowało twórców w danej scenie.

Sam motyw fabularny jest prosty niczym drut telegraficzny. Oddział żołnierzy sił rządowych (bliżej niedookreślonych) zostaje wysłany z misją pochwycenia dezertera i renegata o wprost niespotykanym nazwisku - Kane. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, iż jest to... poprzedni dowódca naszego bohatera. Pewne tajemnicze i nieodgadnione (przynajmniej na początku gry) wydarzenia doprowadziły do rozejścia się ich ścieżek.

Główny bohater zachował niewiele ze swojego najstarszego, komiksowego pierwowzoru. Zostało mu imię, indiańskie pochodzenie i zamiłowanie do noży. Autorzy dość szybko kreślą nić powiązań, jaka łączy Turoka z Kane'em, jednakże, jak przystało na dobrą opowieść, pozostawiają kilka mrocznych sekretów na deser.

Dowiedz się więcej na temat: rozgrywki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje