Supreme Commander 2

Kolejna strategia od Chrisa Taylora rozczaruje fanów poprzedniczki, ale zadowoli fanów gatunku. Ta gra powinna właściwie mieć dwie recenzje.

Jedna dla fanów gatunku, druga dla miłośników Total Annihilation i pierwszego Supreme Commander. Obie grupy graczy spojrzą na nowe dziecko Gas Powered Games inaczej. Supreme Commander 2 ma swoje zalety i jest bardzo dobrym RTSem. Jednak osoby, które zagrywały się w TA i Sup Comma mogą poczuć się zdradzone.

Reklama

W kwestii dostępnych trybów gry nie ma absolutnie żadnego zaskoczenia. Jedna duża kampania podzielona na trzy rozdziały, potyczka oraz multiplayer. I już pierwszy zgrzyt - tryb dla wielu graczy nie posiada żadnego systemu rankingowego. Po prostu zamiast AI mierzymy się z innymi ludźmi i tyle. Owszem, niby jest coś takiego jak "szybka gra", jednak nie ma nic wspólnego z matchmakingem. System wrzuci nas do pierwszej rozgrywki, która ma jeszcze wolne miejsce. To oznacza, że nigdy nie wiemy, czy gramy z początkującym czy też z weteranem, który ma wszystko w małym palcu i rozwali nas w mniej jak 10 minut.

Gra jest zintegrowana ze Steamem, więc uczuleni na platformę Valve mogą przestać czytać. Co więcej, najwyraźniej sama instalacja z płyty nie wystarczy: na dysk zostanie przekopiowane około połowy gry. Pozostała część zostanie pobrana z sieci. Co ciekawe, tytuł zajmuje na dysku niewiele, jak na obecne standardy, miejsca: tylko cztery i pół gigabajta. Powody do zadowolenia mają miłośnicy zdobywania osiągnięć: Supreme Commander 2 posiada niemałą ich liczbę również w wersji PC.

Ręka Square Enix

Najwyraźniej Japończycy nie ograniczyli się tylko do wydania tytułu. Mamy tutaj całkiem ciekawą fabułę, w której nie brakuje spisków, zdrady, zwrotów akcji (chociaż te są akurat przewidywalne). Naturalnie nie będziemy spoilerować, więc nie piśniemy słowem, o co dokładnie chodzi. Możemy tylko powiedzieć, że zawiązany przy okazji wojny z Serafinami (wydarzenia z Supreme Commander: W obliczu wroga) sojusz nie każdemu się spodobał i długo nie przetrwał. Tak więc UEF, Cybranie i Iluminaci ponownie uruchomiają swoje fabryki, przygotowują silosy atomowe i zaczynają radośnie prać się po pyskach.

Jak już wspomniano, kampania to trzy rozdziały po sześć misji. Wzorem StarCrafta każdy epizod pozwala kierować inną armią. Jednak w przeciwieństwie do gry Blizzarda, tutaj wyboru nie mamy. Pierwsze sześć zadań przeżyjemy jako dowódca UEF, następnie poznamy historię panienki od Iluminatów, a wszystko zakończymy w ciele Cybranina. Na dobrą sprawę kampania to najciekawsza część gry. Misje nie są może specjalnie odkrywcze (zniszcz bazę wroga, broń czegoś), jednak opowiedziana historia wystarczy, aby zatrzymać przed monitorem. Każda z operacji ma jeden, jasno wyznaczony cel główny i kilka pobocznych. Te drugie są naturalnie w pełni opcjonalne, jednak ich wykonanie ułatwi ukończenie całej bitwy.

Potyczka jak potyczka, nihil novi. Wybieramy mapę, ustawiamy sobie komputerowych przeciwników (dostępnych siedem, z czego ostatniego nazwano Oszustem), określamy warunki zwycięstwa (Supremacja, Zabójstwo, Wieczna wojna) i gramy. Supremacja to nic innego jak calkowite zrównanie z ziemią wszystkich przeciwników. W Zabójstwie polujemy na wrogich dowódców, a Wieczna wojna, zgodnie z nazwą, nie ma ustalonych celów ani czasu gry.

Dowiedz się więcej na temat: bilans | kampania | dowódca | czołg | mapy | budynki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje