Obietnice AMD a rzeczywistość w Redmond
Gdy Lisa Su mówiła o premierze w 2027 roku, miała ku temu podstawy - współpraca nad pół-niestandardowym układem scalonym przebiega zgodnie z planem, a same podzespoły są na dobrej drodze. Problem w tym, że surowa moc obliczeniowa to zaledwie połowa równania.
Jak donosi dobrze poinformowany dziennikarz Jez Corden, prawdziwym wąskim gardłem okazuje się oprogramowanie. Zespoły odpowiedzialne za system Windows 11 i dział Xboksa dwoją się i troją, by doprowadzić system operacyjny nowej konsoli do stanu używalności, ale integracja obu środowisk jest znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Microsoft celuje w pełną synergię między platformami, co w teorii brzmi obiecująco, ale w praktyce oznacza miesiące żmudnych testów i poprawek.
Wsteczna kompatybilność rzecz święta
Nie możemy zapominać o kwestii kluczowej dla wielu graczy, czyli o wstecznej kompatybilności. Gigant z Redmond przyzwyczaił nas do tego, że szanuje naszą cyfrową bibliotekę, i tym razem nie będzie inaczej. Nowa konsola ma bez problemu obsługiwać gry z Xboksa Series X/S, Xboksa One, a także starsze tytuły, które działały na poprzednich generacjach. To jednak dokłada kolejną cegiełkę do muru wyzwań, z którymi muszą zmierzyć się twórcy.
Termin premiery w 2027 roku, który w ustach szefowej AMD brzmiał jak pewnik, jest w tej chwili traktowany raczej jako wariant optymistyczny niż twarda obietnica. Wiele wskazuje na to, że jeśli prace nad oprogramowaniem się przeciągną, Microsoft bez wahania przesunie debiut na późniejszy termin, by uniknąć wizerunkowej wpadki na starcie.
Gospodarka dyktuje warunki gry
O ile trudności z kodem można rozwiązać nadgodzinami programistów, o tyle z globalną gospodarką wygrać jest znacznie trudniej. Branża od dłuższego czasu zmaga się z potężnym kryzysem na rynku pamięci operacyjnej, co winduje ceny podzespołów do absurdalnych poziomów. Pamiętamy przecież, jak w 2025 roku Microsoft dwukrotnie podnosił ceny Xboksa Series X/S, tłumacząc to cłami i rosnącymi kosztami wytwarzania. Dziś sytuacja wcale nie wygląda lepiej, a ceny kości pamięci i dysków skutecznie chłodzą zapał producentów sprzętu.
Gdyby nowa konsola miała trafić na rynek w obecnych warunkach, jej cena mogłaby oscylować w granicach 900 lub nawet 1000 dolarów. W Polsce byłoby to zapewne około… 4500 złotych. Kwota wręcz zaporowa, przyznacie.
Xbox Series X/S zostaną z nami na dłużej?
Microsoft doskonale zdaje sobie sprawę, że wypuszczenie tak drogiego sprzętu byłoby strzałem w stopę, dlatego strategia wyczekiwania wydaje się w tym momencie jedynym rozsądnym wyjściem. Czekanie na uspokojenie rynku może oznaczać przesunięcie premiery poza rok 2027, co z kolei wymusza zmianę podejścia do obecnej generacji. Wydawcy muszą mieć pewność, że baza użytkowników będzie rosła, dlatego gigant z Redmond prawdopodobnie skupi się na wydłużeniu żywotności Series X/S.

To dobra wiadomość dla posiadaczy obecnych konsol, którzy nie będą musieli tak szybko sięgać do portfela po nowy sprzęt, ale gorsza dla miłośników nowinek, którzy liczyli na szybki skok jakościowy w grafice.
Plan awaryjny: gry, usługi i… Nintendo?
Skoro na nowy sprzęt przyjdzie nam poczekać, Microsoft musi czymś wypełnić ten czas - i tu na scenę wkracza agresywna rozbudowa oferty usługowej. W kuluarach mówi się o sporych zmianach w strukturze abonamentu Xbox Game Pass: od wprowadzenia tańszego progu z reklamami dla grania w chmurze, po potencjalne połączenie oferty pecetowej i konsolowej w jeden pakiet najwyższej półki.
Co więcej, firma rozważa włączenie do subskrypcji kolejnych usług od zewnętrznych wydawców, na wzór obecnego już tam EA Play czy Ubisoft+. To jasny sygnał, że cały ten ekosystem ma zarabiać przede wszystkim na abonamentach, a pudełko pod telewizorem jest tylko jednym z wielu okienek do biblioteki gier.
Czy będzie w co grać? A jakże!
Mimo pesymistycznych wieści o sprzęcie, kalendarz wydawniczy na rok 2026 wygląda zaskakująco solidnie. Na horyzoncie majaczy wreszcie Fable od studia Playground Games, a fani japońskich gier fabularnych zacierają ręce na Final Fantasy 7 Rebirth.
Microsoft coraz śmielej poczyna sobie jako wydawca na wiele platform jednocześnie. Potwierdzone wersje takich przebojów jak Fallout 4, Indiana Jones i Wielki Krąg czy odświeżone The Elder Scrolls 4: Oblivion na Switcha 2 pokazują, że granice między "wojnami konsolowymi" zacierają się coraz bardziej. Gigant z Redmond szuka pieniędzy tam, gdzie są gracze - nawet jeśli oznacza to wydawanie swoich największych marek na sprzęcie konkurencji. Jeszcze kilka lat temu było to nie do pomyślenia, a teraz powoli staje się normą.
Czy wiesz, że...
Wśród gier planowanych na Nintendo Switch 2 znajduje się odświeżona wersja kultowego The Elder Scrolls 4: Oblivion. Ten klasyk gatunku ma trafić do graczy w ramach nowej polityki wydawniczej Microsoftu, obejmującej platformy konkurencji - od jakiegoś czasu PlayStation, a teraz także Switcha.











