W skrócie
- Twisted Tower łączy makabryczną atmosferę wesołego miasteczka z brutalną rozgrywką, w której główny bohater wyrusza na ratunek porwanej dziewczynie.
- Rozgrywka bazuje na eksploracji, prostych zagadkach logicznych oraz dynamicznych walkach, wspieranych przez mechaniki poruszania się z użyciem linki i haka.
- Produkcja cierpi na powtarzalność oraz problemy z balansem, przez co z czasem traci swój survivalowy klimat i staje się rutynową strzelanką na arenach.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Spis treści:
- Z drewnianym młotkiem na potwory
- Kontrast buduje napięcie
- Skakanie po schematach
- Koniec z horrorem
- Twisted Tower - werdykt
- Twisted Tower - dla kogo jest ta gra?
- Twisted Tower - dla kogo nie jest ta gra?
Rok 1944, angielska miejscowość Red Wash. Vincent i Charlotte zaczynają swój związek podczas seansu w kinie samochodowym, ale romantyczną sielankę brutalnie przerywa jedno zdarzenie. Główny bohater odbiera tajemniczy telefon, dowiaduje się o porwaniu dziewczyny i natychmiast wyrusza na wyspę, na której wznosi się makabryczna konstrukcja należąca do niejakiego Mr. Twistera.
Twórcy Twisted Tower rzucają nas w sam środek groteskowego parku rozrywki. Musimy przebijać się przez kolejne piętra, walczyć z potworami i układać w całość fragmenty mrocznej układanki. Główny antagonista regularnie kontaktuje się z nami przez stare telewizory kineskopowe, skutecznie budując atmosferę osaczenia.
Od pierwszych minut uderza w nas gęsty klimat, łączący dziecięcą niewinność z ekstremalną przemocą. Teoretycznie mamy tu wszystko, by przeżyć zapadającą w pamięć przygodę, ale deweloperzy nie potrafili utrzymać narzuconego przez siebie tempa. Zaczynamy ostrożnie, z drewnianym młotkiem w dłoni, a kończymy na rutynowym bieganiu po korytarzach.

Z drewnianym młotkiem na potwory
Początek rozgrywki w Twisted Tower potrafi zaintrygować. Przemierzamy ciasne korytarze, otwieramy drzwi i nasłuchujemy kroków wrogów. Znalezienie specjalnego biletu, który służy jako klucz na wyższe piętro, wymaga od nas zaglądania w każdy kąt, przesuwania obiektów i obracania całych pokoi.
Te proste zagadki logiczne dają chwilę wytchnienia między starciami i pozwalają lepiej poznać specyficzną architekturę budynku. Za dokładną eksplorację dostajemy zapasy, a dodatkowo możemy lepiej zrozumieć to, co dzieje się na wyspie.

W walce musimy ciągle się poruszać i szybko reagować na zachowanie przeciwników. Niektórzy powoli suną w naszą stronę, by zadać cios wręcz, a inni chaotycznie biegają po arenach z tarczami i bronią palną. Kiedy drzwi pomieszczenia nagle się blokują, wiemy już, że wyjdziemy stamtąd dopiero po wyeliminowaniu ostatniego zagrożenia. W takich momentach Twisted Tower zmusza nas do ciągłej improwizacji i błyskawicznego zmieniania taktyki. Musimy płynnie omijać ciosy, kontrolować przestrzeń wokół siebie i mądrze zarządzać ekwipunkiem.
Później znajdujemy też notatki i dokumenty, które pogłębiają historię Vincenta oraz ujawniają jego dawne traumy. Każdy znaleziony świstek papieru otrzymał pełne udźwiękowienie. Aktorzy głosowi wykonali znakomitą pracę, a główny bohater na bieżąco komentuje swoje znaleziska. Dowiadujemy się dzięki temu, jak przeszłość protagonisty bezpośrednio wiąże się z porwaniem Charlotte i co dokładnie motywuje psychopatycznego Mr. Twistera do snucia tej intrygi.

Kontrast buduje napięcie
Najmocniejszym punktem Twisted Tower pozostaje spójny kierunek artystyczny. Odwiedzamy radosne baseny, oświetlone neonami kasyna czy przytulne pokoje z pluszakami, by chwilę później deptać po rozczłonkowanych ciałach i omijać krew rozmazaną na ścianach. Ten dysonans fascynuje. Twórcy celowo zderzyli estetykę wesołego miasteczka ze skrajną brutalnością. Przeciwnicy noszą jaskrawe ubrania i uśmiechnięte dziecięce maski. Przemierzając zaciemnione pomieszczenia, autentycznie czułem ciarki na plecach.
Podobny pomysł przeniesiono na nasz arsenał. Zamiast standardowych karabinów, dostajemy do dyspozycji zabawki ozdobione gwiazdkami, a za amunicję służą nam szklane kulki i guma do żucia.

Całość uzupełnia dynamiczna ścieżka dźwiękowa, w której spokojne, jazzowe i bluesowe nuty błyskawicznie ustępują miejsca agresywnym brzmieniom, gdy na horyzoncie pojawia się zagrożenie. Puryści otrzymali do dyspozycji nawet czarno-biały filtr obrazu, nadający całości sznyt rodem z lat czterdziestych. Twórcy konsekwentnie trzymają się tej makabrycznej stylistyki i za to należy się im duża pochwała.
Skakanie po schematach
Oprócz strzelania twórcy zaimplementowali w Twisted Tower system poruszania się oparty na platformówkach. Używamy linki z hakiem oraz skrzydeł motyla, które pozwalają nam wykonywać dalekie powietrzne zrywy. Te mechaniki sprawdzają się świetnie podczas szukania biletów i dodają starciom dynamiki. Możemy uciec przed grupą wrogów, przeskoczyć nad ich głowami i zaatakować z zupełnie innej strony.

Ale to nie maskuje fundamentalnych problemów. Co prawda podczas zabawy zmieniają się dekoracje i kolory ścian, ale schemat rozgrywki pozostaje niemal identyczny od pierwszego do ostatniego piętra. Twórcy przygotowali stosunkowo niewielu wrogów, a nagłe ataki z ukrycia po kilku godzinach stają się do bólu przewidywalne.
Twisted Tower bazuje na ciągłym zamykaniu nas w arenach z falami oponentów. To, co początkowo wywołuje przypływ adrenaliny, z czasem staje się po prostu kolejnym obowiązkiem do odhaczenia przed pójściem dalej.

Koniec z horrorem
Prawdziwy problem pojawia się w końcowych etapach, gdy Twisted Tower traci resztki atmosfery grozy. Zbieramy tyle amunicji i ulepszeń do zabawek (jakby szklane kulki nagle zyskały moc rażenia haubicy), że poczucie zagrożenia ostatecznie wyparowuje. Zamiast planować każdy krok, uważnie stawiać stopy i oszczędzać kurczące się zasoby, po prostu idziemy przed siebie, trzymając wciśnięty spust. Dzięki zakupom w sklepikach Vincent staje się maszyną do zabijania, przez co gra w końcu traci swój survivalowy charakter.
Na pocieszenie twórcy przygotowali dodatkowy tryb, który odblokowujemy po zakończeniu kampanii. Pojawiają się w nim nowe korytarze i pokoje. Jeśli wam to wystarczy, wydłużycie sobie nieco łączny czas zabawy.

Twisted Tower - werdykt
Twisted Tower to stylowy FPS, który z czasem traci to, co ma w sobie najlepszego. Studio Atmos Games stworzyło fenomenalny klimat, angażującą walkę na zamkniętych arenach i doskonałą oprawę dźwiękową, ale poległo przez powtarzalność, schematyczny level design i popsuty balans trudności, przez który gra szybko traci klimat i survivalowy chatakter. Pomimo tych wyraźnych potknięć fani BioShocka - i nie tylko oni - znajdą tu kilka godzin solidnej i bardzo klimatycznej rozgrywki.
Twisted Tower - dla kogo jest ta gra?
Dla miłośników niepokojącego klimatu i dynamicznych strzelanek na zamkniętych arenach. Odnajdą się tu fani serii BioShock oraz osoby ceniące nietypowy kierunek artystyczny łączący makabrę z estetyką zabawek.

Twisted Tower - dla kogo nie jest ta gra?
Dla graczy oczekujących rasowego survival horroru z ciągłym brakiem zasobów. Osoby szukające złożonych projektów poziomów i dużej różnorodności przeciwników szybko odczują znużenie.
- fenomenalny kierunek artystyczny
- świetna gra aktorska
- dynamiczny system poruszania
- klimatyczna ścieżka dźwiękowa
- powtarzalna struktura etapów
- zepsuty balans trudności
- mała różnorodność wrogów










