Koniec z teledyskiem w klimatach Mortal Kombat
Ja sam fanem pierwszej części nie byłem i z kina wyszedłem bardziej rozczarowany niż usatysfakcjonowany. Przede wszystkim nieszczęsnymi walkami, które bardziej przypominały 30-sekundowe teledyski z czasów rozkwitu popularności MTV, niż pełnokrwiste starcia rodem z MK. Fabularnie film miał kilka ciekawych pomysłów, ale poległ na absolutnie bezbarwnej postaci głównego protagonisty, chyba kompletnie bezsensownie wprowadzonej jako ktoś zupełnie obcy dla tego świata. Jeśli idziesz na seans Mortal Kombat to (poza dobrze zrealizowanymi walkami) chcesz zobaczyć swoje ulubione postaci, a nie jakiegoś losowego ziomka. Listę zarzutów mógłbym jeszcze pociągnąć, ale najważniejsze jest czy twórcy postanowili podejść do kwestii "dwójki" inaczej?
W bardzo wielu aspektach odpowiedź brzmi: tak. Przede wszystkim walki - nie są już rwanymi fragmentami, a pełnoprawnymi starciami, ze świetnie wyreżyserowaną choreografią oraz wszystkim tym, czego spodziewalibyśmy się po walkach w Mortal Kombat. Są charakterystyczne ciosy poszczególnych postaci, są fatality, jest brutalnie i krwawo, jest znany każdemu fanowi głos mówiący "Finish Him!". Są nawet przypadki - nie wiem czy wstawione celowo, jako nawiązanie do gier, czy całkowicie przypadkowo - "mercy", oszczędzenia przeciwnika. Mercy, które pojawiło się chyba w trzeciej części serii gier co prawda nie przyjęło się jakoś szczególnie wybitnie, ale fajnie, że pojawiło się w filmie - albo to ja doszukuję się go tutaj na siłę, niewykluczone.
Symfonie w mordobiciu?
Jedyne czego brakuje mi w nowych scenach walk to bardziej dynamiczna muzyka. W kilku momentach przygrywa co prawda nowa aranżacja oryginalnego "Techno Syndrome", ale w wersji orkiestrowo-epicko-filmowej, co trochę psuło mi wrażenie. Niby oglądamy wspaniale zrealizowaną walkę, a w tle przygrywa nam coś, co bardziej pasuje do starcia Gandalfa z całym zastępem orków.
Powrót do korzeni lore
Historia - tym razem na szczęście twórcy nie silili się na wynajdywanie koła na nowo, nie ma też postaci, które wzięły się znikąd. Teraz niemal wszystko jest osadzone w lore gry. Mamy więc fabułę kręcącą się wokół postaci Kitany, Sindel i Jade - niemal w każdym szczególe zgodną z grami. Mamy Johnny'ego Cage'a - co prawda z lekkim twistem, ale w jego przypadku zmiana wpasowała się w klimat filmu. No i mamy całą resztę ekipy, takich jakimi zapamiętaliśmy ich z gier. Bonusowo, jest też cameo jednego z twórców Mortal Kombat. Cole Young, czyli bohater pierwszej części też się co prawda pojawia, ale ma dosłownie kilka scen, po czym… a zresztą, nie będę Wam spojlerował.
Areny - uczta dla oczu fanów
Wprawne oko wyłapie też znajome areny - żyjący las, arena z kwasem, zbrojownia, arena Shao Kahna, a nawet kultowy The Pit - każda z nich pojawiła się w filmie. Choć tutaj muszę wspomnieć o pewnym rozczarowaniu jeśli chodzi o wykorzystanie The Pit - twórcy absolutnie nie wykorzystali jej potencjału… pewnie żeby nie przesadzać z poziomem brutalności filmu, bo innego wyjaśnienia nie widzę.
Obsadowe wzloty i upadki
Największy problem mam z doborem aktorów. W jednym czy dwóch przypadkach twórcy zdecydowali się na obsadzenie ludzi, którzy absolutnie nie wyglądali jak ich pierwowzory z gier, a w paru innych niby trop był dobry, ale dany aktor nie miał w sobie tego "czegoś", co by pasowało do odgrywanej przez niego postaci. Najgorzej wypadli pod tym kątem chyba Tadanobu Asano jako Raiden i Chin Han jako Shang Tsung. Asano wypadł w roli boga piorunów tak, jakby mityczne bóstwo ktoś kazał grać Karolakowi (z całym szacunkiem do tego aktora), a Han mógłby grać złego w filmach z Panem Kleksem, a nie potężnego, mrocznego i poważnego czarnoksiężnika z brutalnego świata Mortal Kombat. Z drugiej strony, Adeline Rudolph jako Kitana czy Karl Urban jako Johny Cage idealnie wpasowali się w swoje role.
Jeśli chodzi o takie pomniejsze uwagi to co jakiś czas dało się zauważyć pewne "nielogiczne głupotki". Tak, wiem, doszukiwanie się logiki w Mortal Kombat to generalnie śmiały pomysł, ale jednak. Jeśli mamy scenę, w której bohaterowie muszą coś zniszczyć, walczą na arenie pełnej lawy i zastanawiają się JAK to coś zniszczyć… czemu po prostu nie wrzucicie tego do lawy, u licha?!
Efekty specjalne zostały zrealizowane bardzo dobrze, niemal doskonale, chociaż widząc na ekranie Barakę nie mogłem sie oprzeć wrażeniu, że grający go aktor ma po prostu na twarzy kiepsko dopasowaną gumową maskę. Ale takich wpadek na szczęście w filmie było bardzo niewiele.
Werdykt
Podsumowując, jeśli twórcy dalej będą usprawniać proces twórczy to przy okazji trzeciej części (a nie wątpię, że taka powstanie) możemy mieć film niemal doskonały - oczywiście mając z tyłu głowy, że ma on być przede wszystkim fan-serwisem. Póki co w moim personalnym rankingu nadal najlepsza jest oryginalna pierwsza część z lat 90, potem recenzowany tutaj Mortal Kombat II (2026), następnie druga część z lat '90… a daleko, daleko za nimi film z 2021 roku.
PS. Zostańcie na napisach końcowych, warto.












