W skrócie
- John Carpenter's Toxic Commando to kooperacyjna strzelanka inspirowana kinem akcji i horrorami lat 80., gdzie główną rolę odgrywa walka z hordami mutantów.
- Gra cechuje się dynamiczną, brutalną rozgrywką, satysfakcjonującą mechaniką strzelania, dużą ilością przeciwników na ekranie oraz neonowym, synthwave’owym klimatem.
- Wady gry obejmują monotonne lokacje, uproszczoną sztuczną inteligencję przeciwników, niewielką różnorodność oraz mało angażującą fabułę.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Spis treści:
- Nazwisko mistrza jako wabik
- Taniec z hordą
- Kółka, krew i benzyna
- Szlamowate technikalia
- John Carpenter's Toxic Commando - werdykt
- John Carpenter's Toxic Commando - dla kogo jest ta gra?
- John Carpenter's Toxic Commando - dla kogo nie jest ta gra?
Tytułowi komandosi to ekipa przerysowanych twardzieli, którym nie chciałbyś zajść za skórę na postapokaliptycznym pustkowiu. W najnowszej produkcji studia Saber Interactive śmiałkowie wyruszają do walki z globalnym zagrożeniem zwanym Bogiem Szlamu, który zamienia ludzi w krwiożercze bestie. Cel jest jasny, a droga do niego usłana jest tysiącami wystrzelonych łusek… i kilkoma dyskusyjnymi decyzjami projektowymi.
Nazwisko mistrza jako wabik
Jeśli John Carpenter's Toxic Commando ma być twoim pierwszym kontaktem z twórczością legendarnego reżysera kina grozy, wiedz jedno: gra nie jest próbą oddania hołdu jego filmografii. Gra wyraźnie inspiruje się kinem akcji i horrorami lat 80., a John Carpenter współtworzył jej muzykę i elementy historii, jednak sama fabuła służy tu głównie jako tło dla kooperacyjnej akcji.
W grze nie znajdziesz głębokich przemyśleń o naturze ludzkości. Wpadasz w sam środek akcji, w którym królują suche żarty, neony i syntezatorowa muzyka. Fani epoki kaset wideo poczują się jak w domu, natomiast gracze szukający wciągającej opowieści znajdą tu zaledwie kilka lakonicznych przerywników filmowych i wymian zdań pomiędzy bohaterami (przyznaję, bywają zabawne).

Warstwa klimatyczna ratuje to, czego nie ma w fabule. Muzyka pulsująca w rytm wystrzałów i wszechobecny brud budują specyficzny, brutalny klimat rodem z filmów akcji sprzed czterech dekad. A syntezatorowe riffy towarzyszą nam w każdym starciu.
Taniec z hordą
Gdy przymkniemy oko na fabularną płyciznę, dostaniemy kawał solidnej, niezwykle krwawej rozgrywki. Ciche podejście jest tu niemożliwe - komandosi to uzbrojone po zęby maszyny, a szarżujące na nas fale mutantów szybko weryfikują refleks i zgranie zespołu. Wymusza to ciągłą komunikację i kreatywne korzystanie z dostępnych klas postaci, od ciężkozbrojnego tanka po zwinnego zwiadowcę.

Punktem zwrotnym okazuje się autorski silnik Swarm Engine, znany z World War Z. Bywa, że na ekranie pojawia się jednocześnie ponad stu wrogów, a silnik nie traci przy tym ani jednej klatki. Przeciwnicy wspinają się po sobie, tworząc żywe wieże ze zgniłego mięsa, a zrównanie ich z ziemią za pomocą granatnika daje niemal sadystyczną satysfakcję.
Studio Saber stworzyło też bardzo satysfakcjonującą mechanikę strzelania. Bronie mają odpowiedniego "kopa", a dźwięk pękających pancerzy pozwala wczuć się w rytm pola walki. Każdą planszę sprzątałem z zombiaków z uśmiechem na ustach.

Kółka, krew i benzyna
Lokacje w Toxic Commando to połączenie półotwartych map z koniecznością ciągłego przemieszczania się. Opancerzone pojazdy to nasz mobilny azyl i chleb powszedni. Twórcy nie pozwalają nam po prostu biec przed siebie. Misja dotarcia do gniazda Szlamu wymaga dbania o stan techniczny wozu, naprawiania go pod ostrzałem i rozjeżdżania mniejszych grup wrogów. Gdy uda się idealnie zgrać prowadzenie pojazdu z ostrzałem z wieżyczki przez partnera, jedna tura misji potrafi przerodzić się w kilkunastominutową masakrę bez ani jednej śmierci.
Z drugiej strony gra potrafi brutalnie sfrustrować tym, że fizyka jazdy w gęstym błocie bywa nieprzewidywalna (dodajmy, że twórcy Toxic Commando to ta sama ekipa, która wydała na świat Mudrunnera!). Po spędzeniu kilku wieczorów z grą można łatwo zauważyć momenty, w których wóz blokuje się na niewidzialnym elemencie otoczenia w samym środku hordy, co oczywiście prowadzi do szybkiej i niezasłużonej śmierci całej drużyny.

Szlamowate technikalia
Silnik graficzny Toxic Commando jest dobrze zoptymalizowany i radzi sobie z generowaniem setek przeciwników bez drastycznych spadków płynności (owszem, zdarzają się czkawki, ale nie na tyle często, żeby przeszkadzały). Animacje rozpadających się wrogów są makabrycznie szczegółowe, a warstwa audio potęguje chaos bitwy.
Warto jednak wiedzieć, że gra dość szybko zaczyna cierpieć na wizualną monotonię - większość lokacji tonie w identycznym, brązowo-szarym błocie i po kilku godzinach zlewają się one w jedną całość.

Sztuczna inteligencja też uległa typowym dla gatunku uproszczeniom. Wrogowie biegną przed siebie i próbują zalać graczy masą, a żaden z kilku typów przeciwników nie stosuje zasadzek i nie reaguje na oflankowanie. No, ale z drugiej strony - to w końcu żywe trupy, prawda?
John Carpenter's Toxic Commando - werdykt
John Carpenter's Toxic Commando to udana - choć niepozbawiona wad - strzelanka kooperacyjna, która nagradza zgranie i celne oko. Rozwalanie setek zombiaków wybiegających na ekran to czysta przyjemność. A jeszcze przyjemniej jest, jeśli znajdziesz do zabawy zgraną ekipę. Szkoda tylko, że twórcy nie zadbali o większą różnorodność, ciekawszą fabułę czy bardziej złożony system rozwoju postaci (ten jest, ale nie zachwyca). Po około 10 godzinach zaczynałem mieć dość. A to taki sobie wynik, jak na sieciową strzelankę.

John Carpenter's Toxic Commando - dla kogo jest ta gra?
Dla fanów World War Z i Left 4 Dead, szukających nowej, intensywnej gry do wieczornej kooperacji ze znajomymi. Pozycja obowiązkowa dla miłośników klimatów kina akcji lat 80. i synthwave'u.
John Carpenter's Toxic Commando - dla kogo nie jest ta gra?
Dla graczy preferujących samotną rozgrywkę, wymagających głębokiej fabuły i złożonych postaci. Odradzam też osobom, które szybko męczą się przez schematy (strzelaj, jedź, napraw, powtórz).
- satysfakcjonujący model strzelania i destrukcji
- wprowadzające powiew świeżości sekwencje z pojazdami
- setki wrogów na ekranie bez spadków FPS-ów (Swarm Engine robi robotę)
- świetnie oddany klimat kina grozy z lat osiemdziesiątych
- schematyczne misje zaczynają dość szybko nudzić
- fabuła zepchnięta na dalszy plan
- niezbyt zachęcający system rozwoju










