Spis treści:
- Cuda w rytmie QTE
- Australijski Syn Boży
- Szczerość bez warsztatu
- Jesus Simulator - dla kogo jest ta gra?
- Jesus Simulator - dla kogo nie jest?
W skrócie
- Gra przedstawia historię Jezusa Chrystusa w formie interaktywnej, pozwalając wcielić się m.in. w Marię, Józefa, Trzech Króli i Jezusa.
- Rozgrywka opiera się na prostych minigrach oraz sekwencjach QTE, a oprawa graficzna i dźwiękowa wykorzystuje generowane przez AI assety, co skutkuje niską jakością techniczną.
- Twórcy nie stosują ironii ani prowokacji, jednak gra jest niedopracowana technicznie, narracyjnie pasywna i oferuje ograniczoną interaktywność.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Jesus Simulator plasuje się gdzieś między visual novel a sandboksowym spacerem bez celu. Gracz wciela się kolejno w Marię, Józefa, jednego z Trzech Króli, a w końcu w samego Jezusa - i obserwuje kluczowe momenty ewangeliczne z różnych perspektyw. Pomysł na wieloosobową narrację jest dobry. Narodziny widziane oczami Marii wypadają inaczej niż ta sama scena z perspektywy Józefa - i jak najbardziej jest to godne pochwały.
Problem zaczyna się, gdy ta narracja napotyka na wykonanie. Minigry wplecione w historię - budowanie krzesła jako Józef, przynoszenie wody jako Maria, dokonywanie cudów jako Jezus - mają nas angażować. W praktyce sprowadzają się do wciskania spacji lub łączenia elementów na ekranie. Trudność: żadna. Satysfakcja: również żadna. Twórcy nie wiedzieli, jak przełożyć bierną lekturę Ewangelii na mechanikę, więc dodali kilka minigier, żeby na ekranie coś się działo… i na tym poprzestali.
Cuda w rytmie QTE
Mechanika cudów zasługuje na osobne omówienie. Zamiana wody w wino, uzdrowienie trędowatego, wskrzeszenie Łazarza - każda z tych scen mogła być dramatycznym momentem. Tymczasem twórcy zamienili każdą z nich w… sekwencję QTE.

Kulminacją jest chodzenie po wodzie. Scena z potencjałem, a roztrwonionym do zera. Otóż kończy się sekwencją czasową, którą wystarczy zaliczyć, żeby zobaczyć budżetowy model postaci wstający z podłogi. Jeszcze osobliwsza jest scena kuszenia na pustyni. Szatan ubrany w szatę rodem z Gwiezdnych Wojen, z wyraźnym Palpatine'owskim rysem, podchodzi do Jezusa z propozycją skoczenia z dachu lub przyjęcia złotej świecy. Odpieranie pokusy polega na wciskaniu klawisza Enter aż do zapełnienia paska. Kuszenie diabła jako button masher - trudno to skomentować inaczej niż niedowierzaniem.
Dysproporcja między scenami nie pomaga. Kazanie na Górze zajmuje prawie pół godziny generowanego przez AI dialogu. Kwestia za kwestią, bez przerwy na cokolwiek. A ukrzyżowanie trwa niecałe dwadzieścia sekund. Zmartwychwstanie nie doczekało się żadnego segmentu w rozgrywce. Być może twórcy planują je jako płatne DLC? No dobrze, już się nie nabijam. Może nie wypada.

Australijski Syn Boży
Grafika w Jesus Simulatorze w dużej (głównej?) mierze opiera się na assetach generowanych przez AI i gotowych assetach - i widać to na każdym kroku. Model Jezusa to długowłosy biały mężczyzna z opalenizną jako jedyną próbą bliskowschodniej autentyczności - typ, którego można by spotkać na festiwalu folkowym, nie w starożytnej Galilei. Ale na tle pozostałych postaci to i tak osiągnięcie. Józef na przykład wygląda, jakby właśnie wrócił z tygodniowej pielgrzymki przez pustynię, i to bez wody.
Animacje są twarde i nienaturalne, tekstury wyblakłe i płaskie. Świat gry nie zawiera żadnej fauny, żadnej pogody, żadnego życia w tle. Biblijna wioska wygląda jak scenografia poskładana przez wolontariuszy na szkolne jasełka.

Dźwięk idzie tą samą drogą. Jedyna pętla muzyczna - początkowo znośna - po dwudziestu minutach przyprawia o ból głowy. Brakuje jakichkolwiek dźwięków otoczenia - ani ptaków, ani wiatru, ani szumu tłumu na targu. Voice acting (oczywiście wygenerowany przez AI) zamyka tę układankę. Narrator mówi z dostojną, podniosłą intonacją, która brzmi jak parodia kazania - jakby AI dostało polecenie "mów jak lektor dokumentu historycznego" i przegięło o kilka tonów. Jezus zaś mówi z wyraźnym australijskim akcentem i zamienia wodę w wino z intonacją surfera.
Szczerość bez warsztatu
Jedyne, czego Jesus Simulatorowi nie można odebrać, to intencji. Twórcy nie kpią, nie prowokują. VRCFORGE Studios chciało w nowoczesny sposób opowiedzieć historię Ewangelii z szacunkiem i najwyraźniej wierzyło, że to może się udać. Tyle że intencja nie zastąpi warsztatu. Gra jest technicznie niedopracowana, narracyjnie pasywna, a pod względem oprawy audiowizualnej cofa nas o dekadę lub dwie. A czas rozgrywki zaprojektowano tak, żeby przekroczył limit Steam, po upływie którego nie ma już opcji zwrotu pieniędzy. Twórcy wycelowali w wierzących i zadbali, żeby ci nie zdążyli zareagować.

Jesus Simulator - dla kogo jest ta gra?
Dla graczy szukających spokojnego, liniowego przedstawienia historii biblijnej i pogodzonych z tym, że interaktywność to w tym przypadku eufemizm. W skrócie: dla tych, którym wystarczy sam temat.
Jesus Simulator - dla kogo nie jest?
Dla każdego, kto oczekuje jakości technicznej choćby zbliżonej do dzisiejszych standardów. I dla wierzących, którzy zasługują na produkt traktujący ich poważnie, a nie na grę zaprojektowaną tak, żeby nie zdążyli jej zwrócić.
- wieloosobowa perspektywa w narracji
- potraktowanie tematu z szacunkiem
- minigry, które zapobiegają całkowitej bierności
- rozgrywka to pod każdym względem żart
- QTE jako mechanika każdego cudu
- świat pozbawiony jakiegokolwiek życia
- oprawa audiowizualna made by AI
- "sprytnie" zaplanowany czas rozgrywki










