Trzy lata po premierze pierwszej części studio Squanch Games wraca z sequelem, który ma coś do udowodnienia. Nasz były bohater galaktyki jest teraz bankrutem i poszukiwanym przestępcą, a ludzkości znów grozi zagłada - tym razem ze strony międzygalaktycznego konglomeratu farmaceutycznego, który chce zamienić ludzi w legalny narkotyk sprzedawany w formie pigułek. Sprawdziłem, czy warto ponownie chwycić za gadające gnaty.
Upadek celebryty
Otwarcie High on Life 2 bawi się konwencją w sposób, jakiego dawno nie widziałem. Nasz bohater, który wcześniej ocalił ludzkość przed losem kosmicznej używki, zbiera oklaski w talk-show, występuje w tandetnych programach i jeździ limuzynami. Ale sielanka nie trwa wiecznie.

Rzeczywistość uderza nas w twarz z siłą kłapiącego dziobem Gatlina. Rodzice, których z takim trudem uratowaliśmy, okazali się niewdzięcznymi, autodestrukcyjnymi lekkoduchami. Siostra rzuciła narkotyki, aby dołączyć do grupy terrorystycznej, a my lądujemy w starym domu, przypominającym raczej muzeum minionej chwały. I wtedy dzwoni Gene.
Fabuła szybko przerzuca nas z bohatera galaktyki w poszukiwanego przestępcę. Wszystko przez nową intrygę megakorporacji Rhea Pharmaceuticals, która próbuje zalegalizować wykorzystywanie ludzi jako składnika leku o nazwie Humanzapro. Naszym zadaniem - realizowanym z bazy wypadowej pośrodku niczego - jest pokrzyżowanie tych planów i likwidacja kolejnych szych odpowiedzialnych za ten proceder.

Tony Hawk w świecie Halo
Największym zaskoczeniem High on Life 2 jest deskorolka. Twórcy dają nam ją do dyspozycji chwilę po rozpoczęciu zabawy. I ten gadżet zmienia wszystko. Model jazdy jest intuicyjny, szybki i niezwykle satysfakcjonujący. Możemy grindować po poręczach, robić kickflipy, korzystać z ramp i używać linki z hakiem bez schodzenia z deski.
Najlepiej robi się jednak, gdy łączymy jazdę z walką. Strzelaniny na pełnej szybkości przypominają najlepsze czasy serii Halo, ale podkręcone do granic absurdu. Wyobraźcie sobie, że wykonujecie skomplikowane triki, przeskakujecie z szyny na szynę, a w międzyczasie prujecie do wrogów z gadających broni i wykorzystujecie faunę otoczenia jako granaty. Liczą się pęd, chaos i refleks. Pomimo tego szaleństwa gra nie wywołuje nudności, a płynność rozgrywki jest wzorowa. W każdej chwili możemy też zsiąść z deski i walczyć tradycyjnie, tylko… po co?

Gnaty z osobowością
Czym byłby High on Life 2 bez swojego arsenału? System walki opiera się na tzw. Gatlinach - żyjących, gadających broniach. Zaczynamy z podstawowym pistoletem i naszym wiernym, żądnym krwi nożem, ale z czasem arsenał się powiększa. Nowe pukawki zdobywamy w kluczowych momentach fabularnych, a jedną odblokujemy w bazie. Każda z nich to nie tylko inny tryb ognia (na przykład ładowany strzał czy specjalne ataki wykorzystujące "otwory" w broniach), ale też nowy kumpel z własnym charakterem.
Dialogi zmieniają się w zależności od tego, kogo trzymamy w dłoni. Bronie komentują nasze sukcesy, porażki, a nawet próby ataku na cywilów. Ponieważ nasz bohater "mówi" za pośrednictwem pistoletów, im szerszy arsenał, tym więcej opcji dialogowych i interakcji. W praktyce czujemy więź z ekwipunkiem.

Karuzela absurdu i nostalgii
High on Life 2 regularnie rzuca nas w sytuacje rodem z "Autostopem przez Galaktykę". W ciągu pierwszych godzin zdążyłem badać morderstwo w klimacie imprezy przebierańców, bawić się do upadłego z bronią przypominającą rybę czy próbować zaimponować nastolatkom trikami na desce.
Twórcy przygotowali też masę zawartości pobocznej. Znajdziemy tu automaty z pełnymi wersjami gier (jak Gourmet Warriors ze SNES-a) oraz maszynę gacha, w której wygrywamy poduszki (tak, serio). W telewizorze w naszej bazie lecą całe filmy i reklamy w stylu lat 80. i 90. Czuć tu ducha starej MTV.

Humor, choć nadal specyficzny i momentami obrazoburczy, stał się "czystszy". Jest mniej wymuszonych wulgaryzmów i negatywnych emocji, a więcej autentycznie zabawnych gagów.
Płynność i charakterystyczny urok
Na pececie przyzwoitej klasy High on Life 2 działał bez zarzutu. Pomimo ogromnego tempa, jakie narzuca jazda na deskorolce, klatki nie gubią się, a gra wygląda o niebo lepiej niż "jedynka". Lokacje są większe, oświetlenie bardziej dopracowane, a wrogowie mają ten charakterystyczny urok, który świetnie współgra z brutalnymi egzekucjami.

Angielski dubbing trzyma wysoki poziom, a napisy (dostępne w różnych rozmiarach i z opcją personalizacji tła) ułatwiają śledzenie dialogów. Niestety gra nie ma polskiej wersji językowej - ani napisów, ani dubbingu - więc osób nieznających angielskiego w stopniu co najmniej dobrym ominie znaczna część humoru i dialogów. Z kolei muzyka i efekty dźwiękowe skrywają kilka licencyjnych niespodzianek, których nie zdradzę, aby nie psuć wam zabawy.
High on Life 2 - werdykt
Squanch Games wzięło wszystko, co było średnie w pierwowzorze, wyrzuciło do kosza, a resztę doprowadziło do porządku. High on Life 2 to szalona space opera z rewelacyjnym modelem poruszania się, lepszym humorem i deskorolką, która zmienia charakter każdej strzelaniny. Gra bez Justina Roilanda okazała się nie tylko dobra, ale wręcz lepsza od oryginału. Jeśli masz abonament Game Pass, instaluj bez pytania!

High on Life 2 - dla kogo jest ta gra?
Dla fanów dynamicznych strzelanek w stylu starego Halo, którzy tęsknią za humorem rodem z lat 90. i szukają gry, która nie traktuje siebie zbyt poważnie.
High on Life 2 - dla kogo nie jest ta gra?
Dla graczy preferujących powolną, taktyczną rozgrywkę oraz dla osób, które mają alergię na "gadające" gry i specyficzny, absurdalny humor.
- rewelacyjny model jazdy na deskorolce połączony z walką
- znacznie lepszy, bardziej dojrzały humor niż w "jedynce"
- ogromna różnorodność misji i minigier
- świetna oprawa audiowizualna i płynność na konsolach
- gadające bronie, które autentycznie bawią, a nie irytują
- wciągające otwarcie fabularne i wywrócenie losu bohatera
- angielski dubbing na wysokim poziomie
- sporo licencjonowanych niespodzianek w soundtracku
- chaos na ekranie może być przytłaczający dla mniej wprawnych graczy
- specyficzna stylistyka nie każdemu przypadnie do gustu
- brak polskiej wersji językowej










