Spis treści:
- Krucjata Kyle'a Crane'a
- Rytm miasta i ostrza
- Blaski i cienie nocy
- Świat, który żyje i działa
- Dying Light: The Beast - werdykt
- Dla kogo jest Dying Light: The Beast?
- Dla kogo nie jest Dying Light: The Beast?
W skrócie
- Dying Light The Beast to powrót do korzeni serii, stawiający na mniejszą i gęstszą rozgrywkę oraz skupienie na zemście głównego bohatera, Kyle’a Crane’a.
- Gra zachwyca klimatem oryginału, pulsującym parkourem i brutalną walką, a jej największym atutem są angażujące zadania poboczne oraz kompaktowy, ale różnorodny świat.
- Niestety, rozczarowuje mechanika transformacji w Bestię, płaska postać Crane’a i ograniczona swoboda gracza, jednak całość wciąż stanowi najlepszą część serii.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Są gry, które próbują rewolucji, i są takie, które z pokorą dążą do ewolucji. Dying Light: The Beast należy do tej drugiej kategorii. Zamiast wywracać formułę do góry nogami, Techland wraca do jej korzeni, oferując doświadczenie gęstsze, bardziej zwarte i skupione na tym, co fani pokochali najbardziej - brutalnej walce o przetrwanie w świecie, który nigdy nie zasypia. To powrót nie tylko do korzeni serii, ale i do jej oryginalnego bohatera.
Krucjata Kyle'a Crane'a
Przez lata los Kyle'a Crane'a pozostawał zagadką, którą finał dodatku The Following jedynie pogłębił. The Beast wreszcie udziela odpowiedzi, choć jest ona mroczna i brutalna. Okazuje się, że bohater przez ponad dekadę był więźniem tajnego brytyjskiego laboratorium, poddawany torturom przez naukowca znanego jako Baron. Kiedy katastrofa daje mu szansę na ucieczkę, Crane z pomocą badaczki Olivii wyrusza w podróż, której jedynym celem jest zemsta.
Nie trzeba przy tym znać na wylot poprzednich odsłon; krótkie wprowadzenie wideo skutecznie nakreśla kontekst. Sama droga do Barona, zabarykadowanego w fortecy Caster Woods, jest jednak długa. By go dopaść, Crane musi stać się silniejszy. A żeby stać się silniejszym, musi polować na potężne Chimery i wstrzykiwać sobie ich krew. To ryzykowne, bo eksperymenty obudziły w nim mroczną siłę, a nowa kuracja może ją uwolnić bez żadnej kontroli.

Główna kampania, zamykająca się w satysfakcjonujących 20 godzinach, unika fabularnego rozdrobnienia znanego z Dying Light 2. Jednak prawdziwa siła gry tkwi w zadaniach pobocznych. To w nich poznajemy poruszające, osobiste historie mieszkańców i mierzymy się z dylematami moralnymi, które nadają tej opowieści głębi. Szkoda jedynie, że scenariusz nie pozwala nam podejmować decyzji, przez co krucjata Crane'a pozostaje do końca jego własną, nieco jednowymiarową historią.
Rytm miasta i ostrza
Wystarczy kilka chwil, by ciało i umysł przypomniały sobie ten unikalny rytm biegu, skoku i wspinaczki. Fenomenalny parkour znów jest krwiobiegiem rozgrywki - to płynny taniec nad przepaścią, który jest nie tylko sposobem na przetrwanie, ale i czystą frajdą. Gdy stopy dotykają ziemi, do głosu dochodzi potężna broń biała, którą dzięki rzemiosłu można zmienić w narzędzie eksterminacji, dodając do niej miotacze ognia czy ostrza pod napięciem. Arsenał uzupełnia broń palna, niezastąpiona w starciach z ludzkimi przeciwnikami.

Tę brutalną walkę o przetrwanie można - a nawet warto - dzielić z innymi w czteroosobowej kooperacji, która dzięki funkcji cross-play łączy graczy z różnych platform, dynamicznie dostosowując wyzwanie do liczby uczestników.
Blaski i cienie nocy
To noc weryfikuje wszystko, czego nauczyliśmy się za dnia. Gdy zapada zmrok, na łowy wychodzą niemal nieśmiertelni Łowcy Cieni. Konfrontacja z nimi to samobójstwo; pozostaje jedynie szaleńcza ucieczka w blask lamp UV. Mrok jest jednak także sprzymierzeńcem, otwierającym dostęp do opuszczonych lokacji pełnych najcenniejszych zasobów. Ten dreszcz emocji, balansowanie między śmiertelnym zagrożeniem a obietnicą nagrody - to esencja Dying Light.

Niestety, tam, gdzie gra buduje napięcie za pomocą mroku, potyka się, oddając w nasze ręce potęgę Bestii. Mechanika transformacji na papierze brzmi intrygująco, ale w praktyce okazuje się frustrująca. Początkowy brak kontroli nad przemianą i przeładowane, często banalne drzewko rozwoju sprawiają, że potężna moc rzadko kiedy daje prawdziwą satysfakcję. Wrażenie pójścia na skróty potęguje konieczność ponownego odblokowywania tak podstawowych ruchów jak kopnięcie leżącego zombie.
Świat, który żyje i działa
Sceną dla wydarzeń jest Caster Woods - zwarte, lecz zaskakująco różnorodne uniwersum, łączące europejską starówkę z terenami przemysłowymi i dziką przyrodą parku narodowego. Świat jest na tyle kompaktowy, że brak szybkiej podróży nie doskwiera, a każda wyprawa staje się okazją do odkryć.

A jak ten świat prezentuje się w akcji? Dying Light: The Beast testowałem na PC, na którym to mogłem długo bawić się różnymi ustawieniami. Jest tego naprawdę sporo, więc jeśli nie za bardzo wiecie, który termin co oznacza, lepiej zdajcie się na predefiniowaną konfigurację. Przez większość czasu gra działała płynnie, ale niekiedy, z trudnych do ustalenia powodów, dochodziło do niewielkich szarpnięć. Całość wieńczy znakomity polski dubbing, który stanowi kropkę nad "i" w tym udanym powrocie.
Dying Light: The Beast - werdykt
Dying Light: The Beast to niezwykle udany powrót do korzeni, który łączy najlepsze elementy obu poprzednich części w spójną i satysfakcjonującą całość. Mniejsza skala pozwoliła twórcom na większe skoncentrowanie akcji, a to przełożyło się na lepsze tempo fabuły i angażujący świat. Pomimo kilku potknięć, jak dosyć płaska postać głównego bohatera czy rozczarowująca mechanika bestii, niewykluczone, że jest to najlepsza odsłona serii.

Dla kogo jest Dying Light: The Beast?
Dla kogo nie jest Dying Light: The Beast?
- wciągająca historiafenomenalny i płynny system parkouru
- pełne napięcia noce
- angażujące zadania poboczne
- zróżnicowany i kompaktowy świat gry
- dopracowany tryb kooperacji
- nieco płaska postać głównego bohatera
- mało ekscytująca mechanika bestii
- płytkie i miejscami nielogiczne drzewka umiejętności










