Warhammer: Chaosbane z 2019 roku był całkiem znośnym, izometrycznym hack'n'slashem, tyle że ulatywał z pamięci równie szybko, jak znikali z ekranu pokonani wrogowie. Siedem lat później Eko Software wraca z zupełnie nową marką i Nacon jako wydawcą u boku. Dragonkin: The Banished to wyraźny krok naprzód - gra znacznie bardziej dojrzała, choć wciąż naznaczona kilkoma gatunkowymi bolączkami.
Świat dławi się tu zepsutą smoczą krwią, a pradawne bestie przełamują zabezpieczenia swojego wielowiekowego więzienia. Najlepsze wrażenie robi prolog. Wcielasz się w potężnych, w pełni rozwiniętych bohaterów z dawnych lat, tych samych, którzy niegdyś wygnali smoki. Dzięki temu testujesz każdą z czterech klas - rycerz, wyrocznia, barbarzyńca i tropicielka - u szczytu jej potęgi, zanim podejmiesz decyzję, w jakiej roli spędzisz kolejne 20-25 godzin kampanii.
Wydmuszka zamiast herosa
Właściwa przygoda w Dragonkin: The Banished zaczyna się znacznie skromniej. Grasz jako świeżo upieczony rekrut na usługach wysokiej rady, powołanej do powstrzymania smoczego odrodzenia. Szybko awansujesz na tytułowego łowcę smoków. Scenarzyści usilnie próbują ci wmówić, że jesteś kimś kluczowym dla losów świata, choć fakty przeczą temu na każdym kroku.
Protagonista to kompletna wydmuszka - pozbawiona głosu, opcji dialogowych i jakiegokolwiek wpływu na polityczne kłótnie targające radą. Twórcy nie dali nam nawet podstawowego kreatora postaci. Z góry narzucona płeć i wygląd bohatera bolą podwójnie w grze stawiającej na budowanie własnego, unikatowego wojownika.
Sama fabuła też szybko dostaje zadyszki. Scenarzyści bez litości bombardują cię nazwami własnymi, skomplikowanymi rytuałami i dziesiątkami imion, zupełnie zapominając o odpowiedniej ekspozycji. Finałowe godziny przynoszą sporo satysfakcji i zgrabnie otwierają furtkę dla ewentualnego sequela, ale środek opowieści miejscami usypia.

Grupą na smoki
Dragonkin: The Banished od początku do końca można przejść z innymi graczami - do czterech osób online lub w dwójkę na jednej kanapie. Kooperacja to nie dodatek wrzucony na siłę. Klasy wzajemnie się uzupełniają: barbarzyńca ściąga na siebie uwagę, wyrocznia razi piorunami z bezpiecznej odległości, a tropicielka zatruwa wszystko, co jeszcze się rusza.
Po ukończeniu kampanii wspólna zabawa się nie kończy. Autorzy przygotowali sporo aktywności endgame'owych, w tym system pozwalający celowo utrudniać sobie misje w zamian za lepsze nagrody.

Taniec śmierci na hordach wrogów
Główną bazą wypadową w Dragonkin: The Banished jest miasto Montescail, pełniące rolę interaktywnego huba. W jego murach inwestujesz zdobyte surowce w rozwój placówek. Rozbudowa placu treningowego przyspiesza zdobywanie doświadczenia, a alchemia to fundament przetrwania - mikstury lecznicze są nieskończone (żadnego zbierania flaszeczek na każdym kroku, uff), ale oparte na cooldownie, więc ich moc i szybkość działania ratują życie podczas najtrudniejszych starć. Z czasem ulepszamy także ekwipunek, i to na szereg różnych sposobów - nie tylko poprzez zbieranie coraz lepszych przedmiotów, ale także poprzez wizyty u różnego rodzaju rzemieślników w mieście.
A gdzie wykorzystujemy te wszystkie cacka? W walce, a jakże. I właśnie starcia to najjaśniejszy punkt Dragonkin: The Banished. Kiedy na ekranie pojawiają się hordy wrogów (a bywa ich tu zatrzęsienie), czujesz się jak maszyna do siekania. Poziom trudności standardowych potyczek nie został sztucznie wyśrubowany - i właśnie dlatego czysta, wirtualna rzeź sprawia taką frajdę.
Prawdziwym, taktycznym wyzwaniem są walki z bossami. Smoki to wielofazowe, świetnie animowane bestie - od monumentalnego lodowego węża po gada z nadwagą, przy którego widoku trudno powstrzymać uśmiech. Powinny zajść za skórę nawet weteranom gatunku.

Diagram zamiast drzewek
Eko Software całkowicie porzuciło klasyczne drzewka umiejętności na rzecz mechaniki o nazwie Starożytny Diagram. Rozwiązanie przypomina plaster miodu - umiejętności wypadają z pokonanych wrogów jako łupy zależne od szczęścia (lub pecha). Umieszczasz je w siatce, a przemyślane ułożenie segmentów daje potężne premie dodatkowe. Kiedy po kilkunastu godzinach twój atak obszarowy nagle zyskuje bonus do trafień krytycznych, bo wreszcie ułożyłeś segmenty we właściwej kolejności, godziny spędzone z układanką nabierają sensu i dają dużo satysfakcji.
Do tego dochodzą pomniejsze systemy. W podróży towarzyszą nam urocze małe smoki, pełniące funkcję chowańców. Wykuwamy dla nich miniaturowe pancerze, by zyskać pasywne bonusy do statystyk. Zbieramy też punkty talentów i dary od przodków, odblokowane za pomocą smoczych serc i organów.
Problemem jest natomiast interfejs, w którym trudno znaleźć niektóre opcje, a inne nie mają stosownego wyjaśnienia w momencie, w którym takowe by się przydało. Część mechanik odkryłem dopiero w połowie rozgrywki, i to wyłącznie dlatego, że klikałem z ciekawości po każdym zakątku menu.

Montescail i krajobrazy
W Dragonkin: The Banished czeka nas eksploracja zróżnicowanych obszarów, które do tego bardzo ładnie wyglądają. Oprawa izometryczna jest szczegółowa, a poszczególne biomy wyraźnie się od siebie różnią kolorystyką i klimatem. Świetne wrażenie robią efekty towarzyszące ciosom czy umiejętnościom specjalnym. Animacje postaci - czy to bohaterów, czy potworów - cieszą oko. Z przyjemnością podchodziłem do punktów, w których twórcy zaszyli specjalne wydarzenie: odkrycie panoramy. Gdy tylko je odtworzymy, wyświetla się kilkusekundowy przelot kamery nad okolicą.
Zadowalająca jest także optymalizacja. Grałem na PlayStation 5 Pro, w trybie wydajności (jest też dostępny tryb jakości, ale według mnie 30 klatek na sekundę to za mało, jak na tak dynamiczną grę), i poza sporadycznymi przypadkami, gdy na ekranie działo się napraaawdę dużo, oglądałem animację w 60 FPS-ach.

Dragonkin: The Banished - werdykt
Eko Software zatarło średnie wrażenie po Warhammer: Chaosbane. Narracja w Dragonkin: The Banished bywa chaotyczna, główny bohater to niemy pionek, a niektóre mapy ciągną się niemiłosiernie. Jednak dzięki systemowi walki, mechanikom takim, jak Starożytny Diagram (ale nie tylko), czy oprawie audiowizualnej od pada trudno się oderwać. Eko Software wie, czego szukają fani izometrycznej rzeźni, i dało nam to w potężnej dawce.
Dragonkin: The Banished - dla kogo jest ta gra?
Dla fanów hack'n'slashy szukających satysfakcjonującej walki i nieskomplikowanej rzezi w trybie kooperacyjnym. Spodoba się też graczom lubiącym eksperymentować z buildami postaci
Dragonkin: The Banished - dla kogo nie jest?
Dla osób oczekujących głębokiej, angażującej fabuły i możliwości stworzenia spersonalizowanego awatara. Rozczaruje też tych, których szybko nuży eksploracja zbyt rozbudowanych, powtarzalnych map.
- świetny system walki dający ogromną satysfakcję
- innowacyjna Siatka Przodków zamiast klasycznych drzewek umiejętności
- urocze chowańce wspierające statystyki bohatera
- zróżnicowane obszary do eksploracji
- kooperacja, w której klasy wzajemnie się uzupełniają
- kampania fabularna na sporo ponad 20 godzin…
- … a do tego całkiem przyzwoity endgame
- kolorowa, szczegółowa i płynna oprawa wizualna
- brak kreatora postaci i milczący protagonista
- mało intuicyjny interfejs
- przytłaczająca momentami fabuła











