Jak na horror przystało, DeathOmen ma fabułę, ale traktuje ją czysto użytkowo - jako pretekst do straszenia. Wcielamy się w człowieka zamkniętego w domu, który cierpi na depresję i agorafobię. Nasze jedyne zajęcie to obserwowanie kamer w miejscu, którego nawet nie znamy. Brzmi złowrogo i takie jest w istocie, bo już od pierwszych minut gra buduje poczucie izolacji i osaczenia.
Czy stoi za tym jakieś ukryte przesłanie? Można się doszukać metafory o samotności i pułapce życia w odosobnieniu. Może nawet komentarza o niezdrowych aspektach pracy zdalnej. Ale prawdę powiedziawszy, nie ma czasu się nad tym zastanawiać. DeathOmen robi wszystko, żeby nie pozwolić ci na analizowanie czegokolwiek - masz czuć niepokój, to najważniejsze.
Klikanie i chodzenie
Jeśli oczekujecie mechanik rodem z Resident Evil czy Amnesii, to nie ten adres. Tutaj chodzi się po domu, sprawdza kamery, zamawia jedzenie i leki, a czasem znajduje jakiś przedmiot, żeby pchnąć fabułę do przodu. Jeśli pasek poczytalności spadnie do zera, trzeba szybko połknąć tabletkę, ale - nie oszukujmy się - nie jest to mechanika, która nastręcza wielkich problemów.

Nie ma tu zbyt wiele do roboty. Nie uświadczysz zagadek, dynamicznych ucieczek ani przeciwników, którzy mogliby cię ścigać. Eksploracja też jest ograniczona - w zasadzie tylko chodzisz i czekasz na kolejną scenę grozy. Pod względem rozgrywki DeathOmen nie oferuje nic ponad to, co konieczne do budowania napięcia.

Straszy? O, tak!
Na szczęście gra nadrabia tym, co robi najlepiej - klimatem. Mrok wypełnia dom, każdy cień wydaje się podejrzany, cisza jest bardziej złowieszcza niż jakikolwiek dźwięk. Twórcy świetnie operują przestrzenią, dźwiękiem i oświetleniem, żebyś czuł się coraz bardziej nieswojo.Jumpscare'ów jest zaledwie kilka, ale wszystkie są precyzyjnie wymierzone i diablo skuteczne. Nawet jeśli wiesz, że coś zaraz wyskoczy, i tak będziesz wiercić się na krześle. Co więcej, straszaki nie opierają się tylko na typowym "BUU!" - gra subtelnie zmienia otoczenie, zostawia drobne niepokojące szczegóły, które sprawiają, że zaczynasz kwestionować to, co widzisz.

Krótko. Bardzo krótko...
DeathOmen trwa nieco ponad godzinę. Serio. Zanim na dobre wczujesz się w rozgrywkę, przygoda się kończy. Nie ma drugiego podejścia, nie ma alternatywnych zakończeń, nie ma powodu, żeby wracać. Z jednej strony - może to dobrze? Gra nie przeciąga się na siłę, nie rozwadnia swojego pomysłu. Z drugiej... trochę szkoda, bo czuć, że można było z tego wycisnąć więcej.

To bardziej interaktywne straszydło niż pełnoprawna gra. Jeśli szukasz czegoś angażującego - DeathOmen nie spełni twoich oczekiwań. Jeśli chcesz krótkiego horroru na jeden wieczór, który skutecznie podniesie ci tętno - warto sprawdzić!
- kapitalna atmosfera
- świetnie zrealizowane jumpscare'y
- brak sztucznego wydłużania gry
- gameplay praktycznie nie istnieje
- strasznie (nomen omen) krótka
- zerowa regrywalność










