Spis treści:
- Złodziej owiec ratuje świat
- Zlepek cudzych pomysłów
- Walka w oparach chaosu
- Klęska wirtualnego urodzaju
- Crimson Desert - werdykt
- Crimson Desert - dla kogo jest ta gra?
- Crimson Desert - dla kogo nie jest ta gra?
W skrócie
- Crimson Desert zachwyca oprawą graficzną i skalą świata, ale cierpi na brak spójnej wizji artystycznej.
- Gra wprowadza wiele mechanik znanych z innych hitów, jednak żadna z nich nie została doprowadzona do perfekcji.
- Rozgrywka angażuje na początku, lecz z czasem nadmiar treści oraz brak wyrazistej tożsamości powoduje uczucie znużenia.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Od pierwszej zapowiedzi w 2019 roku Pearl Abyss nieustannie sypało zwiastunami. Kampania marketingowa podnosiła poprzeczkę oczekiwań coraz wyżej. Twórcy obiecywali podniebne wyspy, zjawiskowe walki ze smokami, starcia wielkich mechów oraz oprawę audiowizualną wyprzedzającą swoją epokę. Gracze wstrzymali oddech i składali zamówienia przedpremierowe z pełnym przekonaniem o sukcesie. Efekt tych wieloletnich starań w końcu trafił w nasze ręce.
Pierwszy kontakt z pełną wersją robi piorunujące wrażenie. Koreańskie studio ponownie pokazało, że w kwestii technologii oraz budowy autorskich silników graficznych nie ma sobie równych. Na PlayStation 5 Pro Crimson Desert wygląda rewelacyjnie, z doskonałą grą świateł i precyzyjnymi teksturami. Początkowa fascynacja szybko jednak ustępuje miejsca konsternacji. Kiedy opada pierwszy kurz, uświadamiasz sobie, że deweloperzy zbudowali kolosalny plac zabaw, ale zapomnieli tchnąć w niego duszę. Nie potrafili zdecydować się na jedną, spójną wizję artystyczną. Zamiast tego wrzucili do jednego kotła wszystko, co tylko przyszło im do głowy.
Złodziej owiec ratuje świat
Fabuła Crimson Desert zaczyna się intensywnie. Wcielasz się w Kliffa, charyzmatycznego najemnika i dowódcę frakcji Szarogrzywych, aby natychmiast rzucić się w mroczną przygodę fantasy. Frakcja Czarnych Niedźwiedzi masakruje twoich towarzyszy, ratunek nadchodzi ze strony tajemniczych istot powiązanych z wymiarem zwanym Otchłanią, a na horyzoncie majaczy potężne zagrożenie. Scenariusz jest mocny, główny bohater - przekonujący, a dialogi brzmią naturalnie.
Problem w tym, że to świetne otwarcie szybko traci na znaczeniu. Wystarczy przekroczyć bramy otwartego świata Pywel, aby napięcie i sens misji natychmiast wyparowały. Otwarty świat po prostu zjada narrację. W jednej chwili walczysz o przetrwanie i mścisz się za poległych braci, a zaraz potem uciekasz przed lokalną strażą po nieudanej próbie kradzieży wiejskiego inwentarza. Obie te mechaniki działają dobrze z osobna. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego umieszczono je w jednej, rzekomo poważnej produkcji.

Zlepek cudzych pomysłów
Rozłożenie gameplayu na czynniki pierwsze przypomina przeglądanie encyklopedii hitów ostatniej dekady. W grze znajdziesz tętniące życiem miasta oraz zachowania postaci niezależnych wzorowane na Red Dead Redemption 2. Trafisz na kreatywne łamigłówki oparte na fizyce i podniebne lokacje rodem z The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom. Stoczysz wymagające starcia z bossami inspirowane serią Dark Souls. Wespniesz się na gigantyczne bestie jak w Shadow of the Colossus. A gdy złamiesz prawo, system pościgów na pewno skojarzy ci się z Grand Theft Auto.
Brak hamulców w kopiowaniu rozwiązań konkurencji początkowo imponuje, bo nigdy nie wiesz, co czeka za kolejnym wzgórzem. Z czasem jednak ten miszmasz obnaża główną słabość tytułu.
W czym rzecz? Podczas gdy przeboje od Rockstar Games opierają się na spójności świata, a produkcje FromSoftware budują swoją siłę na znakomitych systemach walki, w Crimson Desert mechaniki po prostu poukładano na mapie. Pearl Abyss zapożyczyło je i zmontowało solidnie, nie doprowadzając żadnej z nich do najwyższego poziomu wykonania. Złota zasada projektowania mówi, że mniej często znaczy więcej. Tutaj ewidentnie o niej zapomniano. Crimson Desert sprawnie naśladuje konkurencję, ale brakuje mu własnego pomysłu na siebie.

Walka w oparach chaosu
Najjaśniejszym punktem Crimson Desert pozostaje bezpośrednie starcie z wrogiem. Kliff dysponuje szerokim arsenałem - płynnie łączy ciosy bronią białą, wschodnie sztuki walki, potężne zaklęcia obszarowe oraz strzały z łuku wspierane spowolnieniem czasu. Pomagają mu w tym świetnie zaprojektowani towarzysze. Zwinna Damiane korzysta z rapierów, pistoletów i tarczy niczym Kapitan Ameryka, a ork Oongka czyści pole bitwy za pomocą działa zamontowanego na ramieniu.
Potyczki przypominają krwawą, szaloną choreografię. Jednak ten wizualny przepych mocno kłóci się z mrocznym tonem opowieści. Kiedy po serii dramatycznych przerywników filmowych wykonujesz zapaśniczy chwyt na wrogim dowódcy, trudno powstrzymać rozbawienie.
Co gorsza, system walki z czasem staje się przytłaczający. Drzewko umiejętności rozrasta się do takich rozmiarów, że sterowanie zaczyna przypominać skomplikowaną bijatykę z automatów. Osoby nieprzyzwyczajone do dynamicznych gier akcji polegną już na etapie rozwlekłego, irytującego samouczka. Weterani z kolei szybko zauważą powtarzalne schematy ukryte pod pozornym chaosem.

Klęska wirtualnego urodzaju
Zaliczenie wszystkich aktywności w świecie Pywel bez problemu pochłonie grubo ponad sto godzin. Oprócz zadań pobocznych deweloperzy przygotowali masę zróżnicowanych minigier oraz rozbudowany moduł zarządzania bazą Szarogrzywych. Trzeba oddać Pearl Abyss sprawiedliwość - studio zadbało o dużą różnorodność; naprawdę rzadko powtarzamy te same czynności.
Tylko co z tego, skoro efekt przypomina wizytę w taniej restauracji typu "jesz, ile chcesz"? Jedzenia jest tam mnóstwo, wygląda apetycznie i dobrze smakuje, ale następnego dnia nie pamiętasz smaku żadnej potrawy. Tytuł cierpi na klasyczny syndrom nadmiaru. Brakuje wprawnego reżysera, który wyciąłaby to, co zbędne, i pozwolił wybić się najlepszym elementom.

Crimson Desert - werdykt
O Crimson Desert w najbliższych dniach - a może i tygodniach - będzie dyskutować cały świat, a sprzedaż już osiąga doskonałe wyniki (ponad dwa miliony kopii w ciągu pierwszego dnia). Szkoda tylko, że technologiczne umiejętności Pearl Abyss zderzyły się tu z brakiem wyrazistej tożsamości. W efekcie mamy grę piękną, ogromną i pełną zawartości, ale przypominającą potwora Frankensteina starannie zszytego z cudzych sukcesów. Bawi, angażuje i wizualnie robi wrażenie, ale z czasem coraz mniej… i mniej… i mniej…

Crimson Desert - dla kogo jest ta gra?
Crimson Desert to pozycja dla fanów gigantycznych, otwartych światów, którzy uwielbiają zatracać się w długich listach aktywności pobocznych. To również propozycja dla graczy ceniących zręcznościowe, efektowne systemy walki oraz fotorealistyczną oprawę graficzną.
Crimson Desert - dla kogo nie jest ta gra?
Rozczarują się osoby poszukujące spójnej, narracyjnej przygody, która nie rozprasza dziesiątkami aktywności i wydarzeń pobocznych. Gra odrzuci też graczy zirytowanych przekombinowanym sterowaniem i przydługimi samouczkami.
- fenomenalna oprawa graficzna
- kreacja świata
- dbałość o szczegóły widoczna na każdym kroku
- mnóstwo zróżnicowanych aktywności
- efektowny i rozbudowany system walki
- świetnie zaprojektowani towarzysze
- zabawa nawet na przeszło 100 godzin
- brak własnej tożsamości
- przytłaczająca liczba mechanik
- rozbudowane, trudne do opanowania sterowanie
- dysonans między fabułą a rozgrywką
- wyczerpujący i zbyt długi samouczek












