W skrócie
- Katowice stanie się gospodarzem finałów 24. sezonu ESL Pro League, z fazą play-off rozgrywaną w hali Spodek, która rozpocznie się 3 października.
- Michał Blicharz z ESL Faceit Group zapowiada, że nadchodzące finały EPL będą miały własną tożsamość, odmienną scenę oraz charakter, różniący się od turniejów IEM.
- Współczesny kibic esportowy jest bardziej zamożny i międzynarodowy, co skutkuje rekordowym tempem wyprzedawania biletów, nawet po rezygnacji z darmowych wejściówek.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Zbigniew Pławecki, Interia: Historia IEM zaczynała się w Hanowerze, a w 2013 roku to Katowice same wyszły z propozycją Spodka. Po kilkunastu latach IEM przeniósł się do Krakowa, a Spodek dostaje ESL Pro League. Czym jest dla Pana ten moment - zamknięciem pewnego rozdziału z Katowicami, czy raczej dowodem, że ta współpraca jest szersza niż tylko jedna marka turniejowa?
Michał "Carmac" Blicharz, ESL Faceit Group: Po trochu i jedno, i drugie. Miasto Katowice to, po Intelu, nasz najstarszy partner. Na wiele sposobów to również nasz najlepszy partner, a dla publiki esportowej kojarzy się z najlepszej kategorii wydarzeniami. Zmienił się szyld wydarzenia w Spodku na ESL Pro League, czyli turniej o 11-letniej tradycji z finałami w USA, Danii, Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Brazylii. Pod tym względem jest to coś nowego, ale wiele osób może nie pamiętać, że historia Counter-Strike w Katowicach to nie tylko Intel Extreme Masters, ale również turnieje ESL Major Series One, ESL One albo ten mały, poboczny w 2013 roku na pierwszej edycji. Więc sama zmiana turnieju jest niczym nowym.
ESL Pro League wraca do formatu z publicznością w hali pierwszy raz od Odense w 2019 roku, po sezonach rozgrywanych w studiach - najpierw przez trzy lata na Malcie, potem w Sztokholmie. Co studio dawało lidze przez te lata i w którym momencie stało się jasne, że to już nie wystarcza?
- W planach zawsze był powrót do publiki i emocji z nią związanych. Czekaliśmy tylko na odpowiednie okoliczności. Format EPL w studio był w dużej mierze efektem naszego dostosowania się do esportu w czasie pandemii - format zamknięty dla publiczności i bezpieczny dla zawodników, ale też nie do końca przewidywalnych warunków ekonomicznych. W studio zostaliśmy z uwagi na długoterminową współpracę z Maltą, ale docelowo zawsze chcieliśmy dać kibicom i graczom arenę. To był dobry model na swój czas, ale teraz jesteśmy w czasie rekordów zainteresowania imprezami ESL i czas było zawiesić poprzeczkę na właściwym poziomie. Spodek to jest ten poziom.
Argumentem za przenosinami IEM do Krakowa było to, że turniej przerósł możliwości Spodka, a Kraków oferuje obiekt na ok. 15-16 tys. miejsc. Skoro tak, to co sprawia, że Spodek nadal jest dobrym miejscem, ale tym razem dla EPL? Czy chodzi o rangę wydarzenia, która jest jednak odrobinę niższa niż IEM? Padło bowiem kiedyś porównanie, że IEM to jak mistrzostwa świata, a ESL Pro League - to odpowiednik Ligi Mistrzów. I gdzie w tej całej strukturze są turnieje rangi Major?
- Chyba nie muszę się tłumaczyć teraz z tego, czy Spodek jest jest dobrym miejscem na turniej esportowy? Przecież tutaj jest skarbiec wspomnień o esporcie, który się wspaniale kojarzy całemu światu. Porównywanie IEM do EPL to raczej jak porównywanie Wimbledonu do Finałów ATP Masters - jakościowo podobne imprezy, ale z inną historią. Ale i jedno i drugie ma najlepszych zawodników na świecie. Co do Majorów, to zupełnie inna bajka i tylko częściowo w naszych rękach. Miano Majora wędruje z nadania wydawcy gry Valve. Być może kiedyś do Katowic wróci.
Jak przekonać kibica przyzwyczajonego do lutowego turnieju w Spodku, że październikowa ESL Pro League jest wydarzeniem, na które także warto przyjechać? Czym finały EPL mają się różnić w odbiorze od tego, co ludzie pamiętają z IEM?
- Co roku pytano mnie przy okazji IEM w Katowicach, czy zmienimy scenę, bo wiele osób szukało czegoś nowego. Osoby, którym zależało na zobaczeniu w Spodku czegoś nowego będą zadowolone. Impreza będzie miała inny charakter, niż IEM. Inna scena, inna pogoda, playoffy na osiem drużyn. Bliżej turnieju ogłosimy listę partnerów i aktywacji na rotundzie Spodka. Nie uciekniemy od porównań, czy oczekiwań wyniesionych z IEM, ale koniec końców będzie to nowa impreza ze swoją własną tożsamością.
Na łamach jednego z portali udzielił Pan rok temu wywiadu, w którym powiedział Pan, że kiedyś esportem interesowały się właściwie tylko firmy z branży komputerowej, a dziś są to marki takie jak DHL, Mercedes czy Monster Energy, i że pojawia się zainteresowanie z motoryzacji, ubezpieczeń i branży spożywczej. Czego takie marki oczekują dzisiaj od wydarzenia esportowego? Samego zasięgu, czy czegoś, czego zasięgiem się nie mierzy?
- Marki, niezależnie od branży, chcą nowoczesnego sposobu dotarcia do grup docelowych. Taki DHL chce być częścią życia fanów esportu w sposób, który jest naturalny, w którym fan wchodzi z marką DHL w interakcję w środowisku, które kojarzy mu się z pozytywnymi emocjami i czasem spędzonym z przyjaciółmi. Mało gdzie da się zaoferować marce obecność w transmisji, na mediach społecznościowych, w dedykowanych segmentach programu i na miejscu na arenie. Obrazki z publiką imprez ESL gdzie ta publika wysyła w świat wiadomości na małych transparentach od DHL stały się nieodłącznym atrybutem naszych transmisji.
Podczas IEM w Krakowie szczytowa oglądalność wyniosła 1 370 524 widzów - rekord dla turnieju CS2 poza rangą Major - a na miejscu pojawiło się ponad 38 tys. osób z ponad 50 krajów, przy czym w tym roku zrezygnowano z darmowych wejściówek, a bilety i tak się wyprzedały. Co te liczby mówią o tym, jak zmienił się kibic esportu? Czy model, w którym za obecność na turnieju się płaci, jest już standardem na stałe?
- Od czasów pandemii bardzo wyraźnie widać wzrost wartości imprez na żywo we wszystkich niemal dziedzinach. Oglądałem US Open w tenisie. Tam na trybunach między fanami tenisa Brad Pitt i plejada aktorów z Hollywood, celebryci i mistrzowie innych sportów. A u nas w Krakowie ostatnio influencerzy, piłkarze Cracovii, mistrz Polski w siatkówce i trzykrotny uczestnik Igrzysk Olimpijskich w lekkiej atletyce. Zrobił sobie przerwę w zgrupowaniu, bo jest fanem CS-a. Biletów jest więcej, niż kiedyś, ale sprzedają się szybciej. Polski kibic walczy o bilety z kibicami z całego świata, bo zainteresowanie międzynarodowe rośnie stale, a impreza nie jest imprezą polską, a światową.
- Roland Garros też nie jest w stu procentach francuski. Nasze imprezy odwiedzają kibice z ponad 50 krajów. Ci kibice się przez ostatnią dekadę zmienili. CS ma swoje lata i wielu kibiców jest już osobami, które mają znaczny dochód i pojawiają się na imprezach ze swoimi dziećmi. Tak jest w Polsce, a tak samo jest w USA, Australii, Niemczech czy w Chinach.












