Zgodnie z zapisami: "Użytkownik musi natychmiast odinstalować Produkt i zniszczyć wszystkie jego kopie", jeśli Ubisoft postanowi zakończyć wsparcie lub usunąć grę z dystrybucji. Firma zastrzega sobie przy tym prawo do "wypowiedzenia umowy" w każdej chwili i z dowolnego powodu.
W teorii Ubisoft może legalnie usunąć grę chwilę po jej premierze, ponadto mógłby też domagać się natychmiastowego pozbycia się zakupionej kopii. Co prawda trudno sobie wyobrazić, jak firma miałaby egzekwować "zniszczenie" fizycznych nośników, ale sam zapis budzi niepokój.
Wydawać by się mogło, że podjęcie takich postanowień w sytuacji Ubisoftu może dziwić, ale francuski koncern wcale nie jest odosobniony w tego rodzaju praktykach. Podobne zapisy odkryto także w dokumentach takich firm jak Capcom, Sega, Larian Studios czy Bethesda - np. przy okazji odświeżonego Obliviona czy Baldur's Gate'a 3.
Wygląda na to, że tego rodzaju regulacje licencyjne istniały od lat, ale dopiero ostatnie wydarzenia związane z Ubisoftem skierowały na nie uwagę graczy. Impulsem do masowego sprzeciwu stała się prawdopodobnie fala kontrowersji wokół Ubisoftu, w tym głośna sprawa skazania trzech byłych dyrektorów za przemoc psychiczną i molestowanie w miejscu pracy. Sytuacja zbiegła się w czasie także z głośną inicjatywą "Stop Killing Games", która zapoczątkowana została po podjęciu przez francuski koncern decyzji o zamknięciu serwerów dla The Crew, co sprawiło, że nabywcy stracili nie tylko możliwość gry, ale także pieniądze, które na nią wydali. W swoich założeniach cała akcja przeciwstawia się ograniczaniu dostępu do zakupionych tytułów, starając się zapobiegać sytuacjom, w których wydawcy gier odcinają graczy od możliwości gry po zamknięciu oficjalnych serwerów. Petycję podpisało już ponad milion osób, a temat został zauważony i zyskał wsparcie Nicolae Stefanuta, Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego.
Prześwietlenie dokumentacji Ubisoftu uświadomiło wielu graczom, jak naprawdę działa cyfrowa własność. Zapisy jasno dają do zrozumienia, że konsumencie wcale stają się właścicielami gry - otrzymują jedynie licencję na ustalonych przez producenta/wydawcę zasadach.
Zwiększenie przejrzystości w temacie w sprzedaży cyfrowych treści miały przynieść nowe przepisy uchwalone w ubiegłym roku w Kalifornii. Gubernator Gavin Newsom podpisał ustawę AB 2426, która zobowiązała sklepy internetowe do jasnego informowania klientów, że zamiast kupować produkt na własność, nabywają jedynie licencję na jego użytkowanie. Oznacza to, że zapłacenie za grę, film czy e-book nie gwarantuje dożywotniego dostępu do tych materiałów. Nowe prawo ma przeciwdziałać mylącej komunikacji marketingowej, która sugeruje pełną własność, mimo że regulaminy usług często pozwalają platformom cyfrowym na usunięcie dostępu do zakupionych treści w dowolnym momencie.
Oczywiście nie jest to nowy standard w branży, ale dopóki ulubione tytuły nie zaczęły znikać, jak w przypadku The Crew, wiele osób nie zdawało sobie sprawy z konsekwencji regulaminów, na które wyrażają zgodę podczas uruchamiania gier. Takie sytuacje nie zdarzają się często, ale kiedy już do nich dochodzi, pokazują, jak iluzoryczne może być poczucie własności.











