W skrócie
- Odświeżony Assassin's Creed: Black Flag Resynced pokazuje, jak dobrze zaprojektowaną grą był oryginał z 2013 roku, stawiając na jakość, a nie na sztuczne wydłużanie rozgrywki.
- Sukces remake'u kontrastuje z porażką Skull and Bones, udowadniając, że gracze wolą przemyślane produkcje dla jednego gracza niż puste gry-usługi pełne mikrotransakcji.
- Współczesne podejście Ubisoftu do projektowania otwartych światów opiera się na algorytmach i powtarzalnych zadaniach, co zabija frajdę płynącą z autentycznej eksploracji.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Odświeżony Assassin's Creed: Black Flag Resynced wygląda spektakularnie (szczególnie, gdy zestawi się go z oryginałem), ale jeśli spojrzeć z nieco innego punktu widzenia, ta premiera wywołuje więcej smutku niż czystej radości. Sukces remake'u trzynastoletniej gry przypomina bowiem o jednym: Ubisoft gdzieś po drodze kompletnie zgubił odwagę i pomysłowość, które kiedyś dawały nam ich największe hity. Trudno nie zadać sobie pytania, czy firma potrafi dziś jeszcze tworzyć, czy już tylko odgrzewać stare przeboje.
Wystarczył ten jeden ambitny projekt, żeby przypomnieć nam o najlepszych latach francuskiego giganta. Assassin's Creed: Black Flag Resynced to nie żaden tani remaster, tylko zbudowany od zera na nowym Anvil Engine tytuł, który imponuje nowoczesnymi efektami świetlnymi, ostrymi teksturami, ulepszonymi modelami postaci i gęstą roślinnością.
To pokazuje, jak genialne fundamenty ma ta gra z 2013 roku. Przygoda Edwarda Kenwaya potrafi zachwycić oprawą, jednak momentalnie funduje nam bolesne zderzenie z rzeczywistością. Patrzymy na to, co Ubisoft robi dzisiaj ze swoją flagową serią - na ich najnowsze, monotonne piaskownice oraz na ostatnie wpadki wizerunkowe i finansowe. Powrót na wirtualne Karaiby uświadamia jedno: francuski gigant zatracił gdzieś umiejętność projektowania gier dla czystej, nieskrępowanej frajdy. Zamiast tego na rynek trafiają korporacyjne tasiemce projektowane pod dyktando tabel finansowych, nastawione na mikrotransakcje i sztuczne wydłużanie czasu zabawy.
Odwaga pożarta przez algorytmy
Sukces oryginalnego Black Flag nie wziął się z bezpiecznego kalkulowania ryzyka w arkuszach Excela. Ubisoft wtedy naprawdę zaryzykował - wziął szkielet skradanki o kapturowych zabójcach i zrobił z niego pełnoprawny, piracki plac zabaw. Dostaliśmy potężny statek, pełną wolność w żeglowaniu między dziesiątkami wysp, epickie abordaże hiszpańskich galeonów w trakcie sztormów i śpiewanie szant z cyfrową załogą. Bitwy morskie, które w "trójce" były tylko skromnym eksperymentem, tutaj stały się trzonem całej rozgrywki. Firma pokazała, że potrafi słuchać fanów, wyciągać najlepsze smaczki z feedbacku i przekuwać je w złoto.
Dzisiaj francuski gigant panicznie boi się ryzyka. Każda kolejna odsłona serii wygląda jak powtarzalna formuła, zaprojektowana przez algorytm, który bezdusznie rozsypuje setki znaczników na mapie. Zamiast świeżego gameplayu dostajemy wtórne animacje, ten sam nudny system walki i oklepane drzewka umiejętności. Wydawca zamienił artystyczną odwagę na taśmową robotę, w której chodzi tylko o to, by maksymalizować czas spędzony przed ekranem. Osiąga to przy pomocy przepustek sezonowych, żmudnych codziennych wyzwań i płatnych skórek, które kompletnie rozwalają immersję.
Widmo pirackiej katastrofy
Kontrast między dawnym a obecnym Ubisoftem najmocniej bije po oczach, gdy zestawimy odświeżonego Black Flaga z niedawnym Skull and Bones. Przez około dekadę wydawca próbował wyciąć walkę morską z przygód Kenwaya, ubrać ją w sieciowe piórka i opchnąć nam jako osobną grę-usługę. Skończyło się spektakularną porażką i twardym lądowaniem na dnie. Firma utopiła według branżowych doniesień ponad 200 milionów dolarów (ponad 700 milionów złotych!) w projekt, który w dniu premiery dawał zaledwie ułamek swobody znanej z gry z 2013 roku. Gracze nie kryli rozczarowania. Chociaż rozczarowanie to w tym przypadku chyba zbyt delikatne słowo.
W Skull and Bones możesz zapomnieć o swobodnym spacerowaniu po pokładzie własnego statku albo o machaniu szablą podczas abordażu. Ubisoft zaserwował nam żmudne zbieranie surowców z poziomu łódki, strzelanie do wrogich okrętów żywcem wyjęte z prostych gier zręcznościowych i agresywną monetyzację na każdym kroku. Ten upadek uderza po oczach, uszach i sercu najmocniej właśnie wtedy, gdy odpalasz Assassin's Creed: Black Flag Resynced. Widzisz przed sobą grę kompletną, przemyślaną i angażującą od pierwszej minuty. Z kolei jej duchowy spadkobierca z 2024 roku (Skull and Bones czyli) to jedynie pusta skorupa zaprojektowana pod wyciąganie kasy za pomocą mikrotransakcji.
Po katastrofie, jaką było Skull and Bones, widać wyraźnie, że dzisiejszy Ubisoft nie potrafi już powtórzyć własnego sukcesu. Zespół w Singapurze dysponował nowoczesną technologią, pokaźnym budżetem i około dekadą na dopracowanie mechanik żeglugi, a pomimo tego dostarczył grę gorszą pod niemal każdym względem. Twórcy zignorowali pirackie fantazje i zwykły fun z grania. Zamiast tego skupili się na projektowaniu gameplayu w taki sposób, by uzależnić nas od monotonnej powtarzalności. Gracze szybko powiedzieli: dość.

Zmęczenie materiału, czyli ubi-światy
Assassin's Creed: Black Flag Resynced doskonale przypomina o jeszcze jednym: rozmiar mapy ma znaczenie tylko wtedy, gdy jest na niej co robić. Karaiby z 2013 roku były rozległe, ale każda wyspa, każdy wrak czy ruiny Majów miały swój konkretny cel. Świat gry naturalnie zachęcał do eksploracji, bo nagradzał nas ulepszeniami dla naszej Kawki albo nowymi szantami, które potem śpiewała załoga. Całość miała genialne tempo, a głównego wątku nie blokował żaden grind.
"Ubi-światy" to obecnie synonim powtarzalności i nudy. Najnowsze odsłony serii, z gigantycznym Assassin's Creed Valhalla na czele, rozciągają fabułę do granic zdrowego rozsądku. Jesteśmy zmuszani do zaliczania w kółko tych samych misji pobocznych tylko po to, by pchnąć wątek główny naprzód. Wydawca uznał, że wielka mapa i milion pytajników na radarze automatycznie dają lepszy produkt. To błąd - to kompletnie zabija tempo historii i zmienia wieczorną sesję z padem w dłoni w robotę na drugi etat.
Powrót do Assassin's Creed: Black Flag Resynced przypomina, że kiedyś otwarty świat służył po prostu przeżywaniu przygody, a nie nabijaniu słupków zaangażowania dla inwestorów w kwartalnych raportach.
Remake jako test ostateczny
Przed premierą Assassin's Creed Black Flag Resynced (która miała miejsce 9 lipca) wielu graczy miało spore obawy o końcowy produkt. Pragnienie powrotu Edwarda Kenwaya było ogromne, tym bardziej więc baliśmy się, że Ubisoft zepsuje tego klasyka swoimi dzisiejszymi, toksycznymi nawykami. Wszyscy widzieliśmy już najczarniejszy scenariusz: ulepszenia żagli kupowane w sklepie premium za realną kasę albo blokowanie wysp przez nachalny grind.
Na szczęście Ubisoft Singapore i ekipy, które go wspierały uratowali grę przed zakusami księgowych. Dostaliśmy wierny oryginałowi, nowoczesny gameplay, a także znakomitą oprawę, zbudowaną na nowym silniku. Jednak sam fakt, że musieliśmy drżeć o mikropłatności w tytule single-player, mówi o obecnej reputacji wydawcy absolutnie wszystko.

Powód do radości, powód do smutku
Sukces i świetne oceny Assassin's Creed: Black Flag Resynced wykraczają daleko poza zwykłą nostalgię. Gracze, rzucając się na ten oficjalny remake, wysłali jasny, bolesny sygnał prosto do zarządu Ubisoftu. Tak, wolimy grać w dopasowanego do współczesnych standardów, trzynastoletniego klasyka dla jednego gracza, niż męczyć się z niedorobionymi potworkami typu live-service pokroju Skull and Bones.
Ubisoft zapędził się w kozi róg przez swoje pazerne tabelki w Excelu. Francuzi zastąpili kreatywność bezpiecznymi wykresami badającymi rynkowe trendy oraz psychologicznymi sztuczkami, nastawionymi na wyciąganie od nas jak najwięcej pieniędzy. Skoro my, gracze, szukamy w tym wszystkim po prostu dobrej zabawy i odważnych pomysłów, żadne kolejne gigantyczne, puste mapy nie zmyją smaku rozczarowania. Edward Kenway dzięki świetnemu Assassin's Creed: Black Flag Resynced wciąż dumnie żegluje po Karaibach, ale firma, która stworzyła jego legendę, ewidentnie zgubiła kompas.











