W skrócie
- Użytkownicy Pokemon GO wykonywali skanowanie przestrzeni, gromadząc szczegółowe dane swoich okolic, które obecnie są wykorzystywane w przemyśle zbrojeniowym.
- Aplikacja zachęcała do nagrywania obiektów w ramach zadań, a zdjęcia i skany posłużyły do stworzenia dokładnych cyfrowych map wykorzystywanych przez modele AI dla dronów wojskowych.
- Dane pozyskiwane przez grę mogły zostać użyte w systemach nawigacji dla maszyn wojskowych, a użytkownicy nie mieli świadomości takiego zastosowania podczas akceptowania regulaminu.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Pamiętacie globalny szał na punkcie Pokemon GO? Tłumy biegające po nowojorskich, paryskich, warszawskich czy krakowskich parkach, wpatrzone w ekrany smartfonów. Wydawało nam się wtedy, że bierzemy udział w globalnym fenomenie, który po prostu wyciągnął nas z domów (co akurat było świetne). Graliśmy, spacerowaliśmy, integrowaliśmy się.
Tymczasem, z uśmiechem na ustach i smartfonem w dłoni, wystąpiliśmy w roli darmowej siły roboczej, która skrupulatnie zmapowała świat dla potężnych korporacji. Nasz entuzjazm posłużył do zbudowania gigantycznej bazy danych przestrzennych. Bazy, która - jak się właśnie okazało - jest wykorzystywana w przemyśle zbrojeniowym.
A mówimy tu przecież o grze, której grupą docelową były w dużej mierze dzieci i nastolatki. W praktyce oznacza to, że do budowy tego strategicznego zasobu zaprzęgnięto nie tylko dorosłych graczy, ale i szalejące na punkcie Pikachu dzieciaki.
Początkowo zbieraliśmy dla twórców jedynie dane o naszej lokalizacji, jednak ich apetyt szybko wzrósł.
Skanowanie pomnika za Poffina
W pewnym momencie rozwoju Pokémon GO, kiedy pierwotny szał zaczął powoli słabnąć, Niantic wprowadziło zadania wymagające skanowania obiektów w rozszerzonej rzeczywistości (AR). Aplikacja prosiła o powolne obejście dookoła pomnika, zabytkowej kapliczki czy lokalnego placu zabaw i nagranie przestrzeni aparatem. Nagrodą mógł być rzadki wirtualny przedmiot - Poffin, kilka Poké Balli czy atak TM.
Zamiast wysyłać w teren flotę drogich samochodów z kamerami (jak robi to Google), twórcy przerzucili koszty operacyjne na nas. Tysiące ludzi robiły to masowo, motywowane chęcią progresu w grze, dostarczając terabajty precyzyjnych informacji o topografii. Każdy gracz, który dokładnie obfotografował pobliską ławkę, dokładał cegiełkę do projektu kartograficznego o niespotykanej dotąd skali. Zużywając własne pakiety danych i baterie, zbudowaliśmy bazę ponad 30 miliardów zdjęć. Stworzyliśmy cyfrową kopię rzeczywistości całkowicie na własny koszt.
Od łapania Pidgeya do nawigacji maszyn
Zgromadzone przez lata szczegółowe informacje pozwoliły inżynierom pracującym nad Pokemon GO stworzyć zaawansowany system pozycjonowania wizualnego oraz wielki model przestrzenny - Large Geospatial Model (LGM). Taka technologia pozwala urządzeniom orientować się w przestrzeni z centymetrową dokładnością, bez konieczności polegania na często zawodnym sygnale GPS. Tyle że tak precyzyjne mapy 3D to skarb o ogromnym potencjale komercyjnym i - jak się właśnie okazało - militarnym.

Jeszcze do niedawna twórcy zarzekali się, że dane te służą wyłącznie celom cywilnym, ot, choćby autonomicznym robotom dostawczym. Doniesienia z ostatnich dni nie pozostawiają jednak złudzeń. Dziennik The Guardian ujawnił, że modele AI trenowane na fizycznej strukturze naszych miast z Pokémon GO zasilają systemy nawigacyjne wojskowych dronów operujących w strefach konfliktów. Maszyny uczą się omijać przeszkody i interpretować teren na podstawie skanów, które wykonaliśmy podczas niedzielnego spaceru z psem.
Kto kontroluje cyfrowe ulice?
To brutalne zderzenie dwóch światów. Z jednej strony uroczy stworek na ekranie, z drugiej - zimna analiza wektorowa wykorzystywana przez firmy zbrojeniowe. Twórcy aplikacji zasłaniają się skomplikowanymi regulaminami i "zanonimizowanymi pakietami danych". Prawda jest jednak taka, że bez mrugnięcia okiem oddaliśmy im pełną kontrolę nad cyfrowym odpowiednikiem naszych osiedli.
Nikt przecież nie zapytał wprost: "Czy zgadzasz się, aby plac zabaw za twoim blokiem stał się poligonem doświadczalnym dla systemów nawigacji dronów bojowych?". Klikając "Akceptuję" w długim regulaminie darmowej gry, zrzekliśmy się praw do zebranych materiałów. Gracz widzi kolorową mapkę pełną PokéStopów; zaawansowana sztuczna inteligencja widzi gęstą siatkę strategicznych punktów odniesienia.
Iluzja darmowej rozrywki
Afera wokół Pokémon GO obnaża prawdziwą cenę modelu free-to-play opartego na geolokalizacji. Twardą walutą nie są już drobne z mikropłatności, ale każdy nasz krok w prawdziwym świecie.
Pamiętajmy, że wielkie mobilne hity nie powstają z czystej chęci dostarczenia nam zabawy. Prawdziwym dziedzictwem Pokémon GO nie jest społeczny fenomen, z jakim mieliśmy do czynienia dekadę temu, tylko gotowa, precyzyjna infrastruktura informacyjna, służąca interesom potężnych graczy na rynku zbrojeniowym.
Następnym razem, gdy jakakolwiek aplikacja poprosi cię o dokładne zeskanowanie okolicy w zamian za wirtualną odznakę czy garść cyfrowych monet, zadaj sobie jedno pytanie: kto na tym spacerze zyska najwięcej?











