Obecnie trwają palące dyskusje wokół rewolucji zapowiedzianej przez Sony. Japoński gigant począwszy od 2028 roku będzie wydawał nowe gry wideo tylko i wyłącznie w wariancie cyfrowym. To oznacza, że nośniki fizyczne, czyli płyty, całkowicie przejdą do lamusa, a my wkroczymy w całkowicie rewolucyjną erę w przemyśle rozrywkowym.
Zmiana ma być podyktowana - według Sony - zmieniającymi się trendami oraz preferencjami odbiorców. Coraz mniej osób sięga po wersje fizyczne gier wideo, a łatwość dostępu i elastyczność skłania większość do nabywania tytułów w egzemplarzach cyfrowych na bazie pozyskiwania licencji do gier.
Oczywiście cała społeczność graczy nie godzi się na zapowiedziane rewolucje. Sony znajduje się aktualnie w głębokim kryzysie wizerunkowym i w żaden sposób nie pomaga sobie milczeniem. Co więcej - wczoraj Japończycy rozpoczęli promocje swojego nowego bezprzewodowego kontrolera. Od tygodnia nawet nie zabrali głosu w sprawie podjętej decyzji o zakończeniu wsparcia dla płyt.
Okręt idzie na dno, a kapitan... sprzedaje akcje
Teraz w sieci wybuchło niemałe poruszenie. Okazuje się, że zaledwie kilka dni po kontrowersyjnej decyzji prezes Sony Hiroki Totoki pozbył się 225 tys. akcji spółki. Do sprzedaży doszło dokładnie 3 lipca za kwotę ok. 4,73 mln dolarów. To stanowi 56,5% jego udziałów w Sony. Sternikowi pozostało jeszcze przeszło 173 tys. pakietów akcji.
Istnieje tu wyraźna korelacja między ogłoszeniem o wycofaniu się z produkcji gier na płytach, szerokim buncie i negatywnej reakcji ze strony branży, a późniejszą decyzją ze strony Totokiego. Kilka lat temu podobny ruch poczynił Jim Ryan, odsprzedając pakiety akcji tuż przed ustąpieniem z fotelu prezesa.
Gorączkowa sytuacja wokół Sony trwa i nic nie wskazuje na to, by doszło do jakichś zmian. Fani bojkotują PlayStation, masowo wycofują subskrypcje PS Plus, nie szczędzą cierpkich słów pod adresem korporacji z Kraju Kwitnącej Wiśni, a do tego rozpoczęli masową petycję, która z każdym dniem przybiera na rozmachu.











