Księgowy, zamiast artysty?
Zmiana na najwyższym stanowisku nie wzięła się znikąd. Dotychczasowy prezes, Tero Virtala, ustąpił ze stanowiska, a kulisy tej decyzji wydają się oczywiste. Remedy, mimo statusu kultowego twórcy, od dawna boryka się z rentownością swoich dzieł. Nawet obsypany nagrodami Alan Wake 2, artystyczne arcydzieło, potrzebował ponad roku, by w ogóle zwrócić koszty produkcji.
Gwoździem do trumny poprzedniego zarządu była jednak klapa sieciowej strzelanki FBC: Firebreak, osadzonej w świecie Control. Gra okazała się pieniężną katastrofą i bolesnym przypomnieniem, że siła Finów nie leży w grach live-service. To właśnie po tej porażce firma zaczęła szukać kogoś, kto poukłada finanse i postawi ją na nogi (miejmy nadzieję, że nie do góry nogami).
Wybór padł na Jean-Charlesa Gaudechona, zarządcę z bogatym, ale i niepokojącym doświadczeniem. Pracował on na wysokich stanowiskach w CCP Games (twórcy EVE Online), a przede wszystkim w Electronic Arts, gdzie odpowiadał za wyniki pieniężne i gry live-service właśnie. To właśnie ten ostatni wpis w życiorysie budzi największe obawy.
Skalowanie, wartość, udziałowcy. Brzmi znajomo?
Pierwsze wypowiedzi nowego prezesa tylko dolały oliwy do ognia. Gaudechon w komunikacie dla inwestorów zapowiedział, że jego celem jest "skalowanie Remedy w sposób, który buduje trwałą wartość" oraz "dostarczanie trwałej wartości naszym graczom, partnerom i udziałowcom". Dla każdego, kto obserwuje branżę, to służbowa nowomowa, którą można przetłumaczyć mniej więcej na: "będziemy chcieli wyciskać z was jak najwięcej pieniędzy".
Hasła takie jak "skalowanie" i "udziałowcy" w ustach byłego szefa z EA natychmiast przywołują skojarzenia z mikropłatnościami, battle passami i grami projektowanymi tak, by zatrzymać gracza na setki godzin, a nie opowiedzieć mu zamkniętą historię. Branża zna aż za dobrze przypadki twórczych zespołów (jak BioWare czy niegdyś DICE), które po zetknięciu z żelazną logiką "Elektroników" straciły swoją duszę. Czy Remedy będzie następne?
Sieć już wydała wyrok
Gracze nie zostawili na tej nominacji suchej nitki. Wątki na Reddicie i w mediach społecznościowych pełne są czarnych scenariuszy. "To było piękne, póki trwało" - pisze jeden z użytkowników. "No cóż, żegnaj Remedy, było fajnie" - wtóruje mu inny. Przeważają głosy żalu i przekonanie, że to początek końca ery niezwykłych, autorskich gier od fińskiego studia.
Oczywiście, pojawiają się też nieliczni optymiści, którzy mają nadzieję, że sprawny zarządca zapewni studiu równowagę finansową, a co za tym idzie - więcej środków na realizację odważnych wizji Sama Lake'a. Mimo to nawet oni przyznają, że powierzenie sterów tak wyjątkowego studia człowiekowi od gier live-service i zakładów sportowych to ryzykowny ruch. Czy Remedy zachowa swoją tożsamość, czy stanie się kolejną wytwórnią treści? Jak zwykle - czas pokaże.
Czy wiesz, że...
Twarz Maxa Payne'a w pierwszej odsłonie serii należała do Sama Lake'a, obecnego szefa działu twórczego Remedy Entertainment. Z powodu braku pieniędzy na zawodowych modeli… twórcy sami użyczali swoich wizerunków bohaterom gry.











