Koniec skill-based matchmakingu!
Jeżeli weteranów Call of Duty jedna rzecz ma przyciągnąć do Black Opsa 7, będzie to powrót do starego matchmakingu. "Ping is king", jak zwykło się mawiać kiedyś w społeczności. Activision przestało udawać, że nie ingeruje w żaden sposób w matchmaking i zapowiedziało drastyczne zmiany. Poziom umiejętności w procesie dobierania graczy odgrywa teraz dużo mniejszą rolę - spotykamy niedzielnych graczy przed telewizorem, jak i osoby na drugim czy trzecim prestiżu, które załadowały lodówkę energetykami i nie spały od dnia premiery.
Powrót do korzeni tyczy się również lobby - po zakończonym meczu zostajemy z tą samą grupą graczy i trzymamy się wybranego trybu gry. Możemy całkowicie wyjść do menu głównego, możemy szybciej znaleźć nowe towarzystwo do rywalizacji albo zostać z tym, które mieliśmy do tej pory. Społecznościowy aspekt Call of Duty powinien mocno na tym zyskać - dostaliśmy nowego COD-a ze starymi, sprawdzonymi rozwiązaniami.
Płynny movement i typowy, COD-owy gameplay
Movement pozostaje jedną z najmocniejszych stron Call of Duty, a w szczególności Black Opsa 7. Możliwości nie są aż tak szerokie jak w poprzedniej części, ale jest ich wystarczająco, aby z pełną satysfakcją rozprawiać się z mniej doświadczonymi graczami.
Bardzo przyjemnym dodatkiem do klasycznego gameplayu okazał się wall jump - możliwość odbicia się od dowolnej przeszkody i wykonanie jeszcze jednego skoku. Można długo utrzymywać się w powietrzu i wykorzystywać przeróżne skróty na każdej z map - wskakiwać na pociągi na Expressie czy szybciej dostawać się do wypatrujących z okien rywali. Wall jump będzie bez wątpienia głównym bohaterem Black Opsa 7.
Gunplay i tempo gry nie różni się znacząco od poprzedniej odsłony, chociaż głośnym tematem dyskusji jest ostatnio asysta celowania na kontrolerach. Treyarch postanowiło ułatwić nieco życie graczom PC i wyrównać poziom pomiędzy myszką i klawiaturą a kontrolerem, co oczywiście nie wszystkim przypadło do gustu. Trudniej jest teraz utrzymać celownik na przeciwniku, szczególnie tym, który dobrze opanował już nowy movement. Niektórzy twierdzą kategorycznie, że w takiej formie asysta celowania zostać nie może. Inni sugerują, że gracze źle reagują na zmiany i potrzeba czasu, żeby zaadaptować się nowego wsparcia.
Kilka następnych tygodni pokaże, jak wiele zmieni w praktyce Black Ops 7. Z jednej strony, zobaczymy, czy Treyarch zareaguje jakoś na krytykę graczy. Część osób twierdzi, że twórcy przestraszą się negatywnego feedback i wycofają się z podjętych decyzji. Z drugiej z kolei strony, w nadchodzących dniach eksperci przyjrzą się dokładnie zmianom i znajdą prawdopodobnie najlepsze ustawienia, aby wciąż jak najwięcej wyciągać z nowej asysty celowania.
Black Ops 7 niczym darmowy shooter
Przechodząc do bardziej subiektywnych wrażeń, od pierwszych beta testów nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Black Opsowi 7 brakuje typowej, wysokiej jakości Call of Duty. Na przestrzeni długiej historii COD-a dostawaliśmy gry świetne, dobre, słabe i fatalne. Dostawaliśmy murowane hity, gry bardziej i mniej odważne. Mam wrażenie, że w tym roku dostaliśmy grę… nijaką.
Black Ops 7 momentami wygląda niczym darmowa strzelanka albo port gry mobilnej. Na pierwszy rzut oka nie ma nic, co wyróżnia ten tytuł ponad innymi odsłonami serii. Nie ma nic, co zaprezentowane na pojedynczym zrzucie ekranu krzyczałoby: "Grasz w Black Opsa 7!". Większość map jest brzydka, pozbawiona charakteru i podąża tymi samymi, utartymi lata temu ścieżkami - mapa zimowa, mapa pustynna, jaskrawa mapa z toną neonów. Black Opsowi 7 brakuje charakteru.
Nie pomaga również ilość mikrotransakcji, niezmiennie fatalna monetyzacja i jakość przedmiotów kosmetycznych, która z roku na rok konsekwentnie spada. Gracze już pierwszego dnia zwrócili uwagę na wykorzystanie AI w bardzo dużej ilości płatnych skinów, a calling cardy w stylu Studia Ghibli głośnym echem rozeszły się po całej branży. Widać ponadto częste wykorzystywanie przedmiotów dostępnych w poprzednich grach. Kupujemy więc nową odsłonę COD-a, aby zdobyć dokładnie te same rzeczy w podobny sposób.
Wszystko to pozostawia niesmak w ustach, kiedy zdamy sobie sprawę, że co roku płacimy 70 dolarów za Call of Duty, które ponownie nie powala jakością na kolana. Czy znacząco wpływa to na gameplay? Nie, absolutnie. Ostatecznie dostaliśmy solidny, dynamiczny shooter, który zadowoli tysiące fanów. Po tak ogromnych budżetach i rozpoznawalnej marce spodziewamy się jednak więcej. Szczególnie, biorąc pod uwagę fakt, że…
Konkurencja rośnie w siłę
Po samych statystykach na Steamie widać, że zainteresowanie Black Opsem 7 nie jest aż tak duże. Mamy do czynienia z sytuacją podobną do premiery ochrzczonego mianem "płatnego dodatku" Modern Warfare 3. Ostatecznie tytuł ten zaskoczył nas pod wieloma względami i Infinity Ward zrobiło świetną robotę, rozwijając go poprzez sezony i liczne aktualizacje, ale przez cały rok trzeba było namawiać większość fanów COD-a, aby dali szansę MW3.
Od kilku ładnych miesięcy nastawialiśmy się na wielki powrót rywalizacji pomiędzy Battlefieldem a Call of Duty. Wciąż są to gry bardzo od siebie różne, ale kiedyś rywalizowały chociaż o część fanów strzelanek. Chociaż kurz po debiucie Battlefielda 6 już opadł, wciąż jest to jedna z najpopularniejszych gier na całym Steamie, konsekwentnie utrzymuje setki tysięcy ludzi online i na platformie Valve radzi sobie zdecydowanie lepiej od Call of Duty. Rekord graczy online dla BF6 wyniósł blisko 750 tysięcy, podczas gdy COD nie wybił się jeszcze ponad 100.
Na nieszczęście dla Activision (i szczęście dla graczy), Call of Duty rywalizuje teraz ze zdecydowanie większą liczbą gier. Jednym z hitów ostatnich tygodni jest ARC Raiders - nowy extraction shooter twórców The Finals, który jest w czołówce gier Steama i pokonuje zarówno Battlefielda 6, jak i PUBG. Delta Force cały czas radzi sobie bardzo dobrze, jako darmowa alternatywa dla dostępnych na rynku strzelanek, a w Apex Legends wystartował niedawno nowy sezon, który przyciąga z powrotem sporo osób.
Niedawno wyszło również nowe MMORPG Where Winds Meet, Marvel Rivals wciąż utrzymuje stabilną społeczność graczy, a w Path of Exile wystartowała nowa liga. Nie są to może produkcje bezpośrednio konkurujące z Call of Duty, szczególnie z tą bardziej casualową społecznością, ale wszystkie rywalizują o ograniczony czas fanów gier live-service. Większość z nich zaplanowana jest na setki godzin, wymaga regularnego logowania i zachęca częstymi wydarzeniami. Jeżeli mocniej zaangażujemy się w Marvel Rivals, PUBG czy Delta Force, na Call of Duty nie starczy czasu.
Call of Duty: Black Ops 7 w pierwszych godzinach nie robi nic, co miałoby kupić całą moją uwagę i sprawić, że przez kilka następnych tygodni nie włączę żadnej innej gry. Zrobiłem dopiero pierwsze kroki w multiplayerze, mam cały czas do ogrania Zombies oraz krytykowaną ostatnio kampanię - contentu nie brakuje. BO7 na razie nie zapowiada się jednak na ogromny, głośny sukces i sprawia wrażenie, że w najlepszym wypadku pójdzie drogą Modern Warfare 3, które zadebiutowało bez większego echa, a potem rosło w siłę z każdym kolejnym sezonem.










